Teatrzyk. 2010-02-08 19:08:45

listening to: the roots, you got me


na początku był teatrzyk. stary, sypiący się, mały teatrzyk. scena była dziurawa, ze ścian sypał się tynk, a w powietrzu dało wyczuć się ogromne ilości wilgoci & nudy. kilku aktorów, z przyzwyczajenia, bez większych emocji odgrywało swoje marne role. zero akcji, zero emocji, zero niespodzianek.

następnie na scenę wszedł powiew świeżości. zwarta grupa, która odmieniła ten teatrzyk mentalnie & wizualnie & uczyniła z niego prawdziwy teatr. sztuka, pełna niesamowitych zwrotów akcji, przyciągała coraz to więcej widzów, wzbudzając niezwykłe emocje & zainteresowanie szerszego gremium. scena została rozbudowana, aby pomieścić wielowątkowość tej skomplikowanej sieci. teatr zyskał przestrzeń, atmosferę, zainwestowano nawet w rampy *.

było wszystko. krew, łzy. obłuda. zakłamanie. oszustwa mniejsze & większe. cierpienie. mnóstwo tych negatywnych emocji, o których przeciętny człowiek wolałby nawet nie słyszeć. to wszystko stało się dla aktorów trucizną przeżerającą kości & wnikającą głęboko w serca & umysły. otumanieni, nie wiedzieli już, kiedy grają, a kiedy żyją naprawdę. otumanienie udzieliło się co gorsza niektórym osobom z widowni, które świadomie tudzież nie również wkraczały na scenę, aby odegrać swoje niechlubne role & jeszcze bardziej skomplikować akcję, która do najprostszych & tak nie należała.

ktoś kreatywny nazwał sztukę roboczo Modą Na Sukces. niczym niekończący się taśmowiec, pełen napięć & uczuć pierwotnych. byli tacy, którzy chcieli odejść, lecz niestety, ale widmo teatru ciągnie się już na zawsze, to niczym sekta, która usidla & przywiązuje do desek. byli tacy, którym się udało, czasem przez szczęśliwy przypadek, czasem dzięki sile charakteru. niewiadomo, kto ciągnie za sznurki, czym jest siła sprawcza, która powoduje tak ogromne cierpienia w życiu aktorów & dlaczego sami aktorzy wzajemnie je sobie zadają. byli też tacy, co narzekali, ale ostatecznie pisali scenariusze najgorsze, najczarniejsze & brawurowo odgrywali swoje role, popadając tym samym w nieubłaganą hipokryzję. sztuka zaczęła męczyć coraz bardziej, sprawiać coraz więcej bólu, wpędzać poszczególne jednostki w poważne kryzyse osobowościowe, depresje, utratę wiary w ludzkość.

było kilka sytuacji, w których wydawało się, że już za chwilę scena się zapadnie, ściany się posypią & z teatru pozostanie tylko niechlubne wspomnienie. zawsze jednak siła sprawcza nakręcała akcję jeszcze raz & jeszcze raz, na nowo & ciągle od początku.

metafora ta jest dosyć dosadna. w dniu 05.02.2010 zaczęłam ostatkiem sił budować własną scenę, gdzie odegram swój prywatny show, nie bacząc na frekwencję na widowni, tylko reżyserując swoje życie, tak, jak dyktuje to mój osobisty rytm. w zgodzie ze swoim sumieniem, powołaniem, celem życiowym. moja sztuka może być nudna & prosta, ale nie będzie w niej miejsca na fałsz & obłudę. show must go on. tym razem po mojemu.

miejsce na kropkę & chwilę westchnienia. sometimes relationships get ill.

* rampa - rząd świateł w teatrze na pięć liter (przy okazji pozdrawiając Adama)

d.

skomentuj (0)

Perspektywa tudzież jej brak. 2010-01-29 20:40:26

listening to: madonna, vogue



na początek postaram się godnie zmotywować zaistniałe tu zmiany.
a więc poszukując inspiracji & uświadamiając sobie rzeczy już zaistniałe w tej materii, zdałam sobie sprawę, że ten marny artystyczny pierd w postaci bloga wymaga patronki.
patronka to jedna z nielicznych (kobiet oczywiście, bo mężczyzn troszkę na tym polu by się znalazło), ale zarazem & dla mego sodomskiego systemu wartości najdoskonalsza, jako iż ...

nie, nie będę się tłumaczyć, dlaczego kocham tę kobietę. po prostu ją kocham & już. akceptujesz, tudzież nie. jeśli nie, to mi przykro.


chociaż nie, wcale mi przykro nie jest. abstrahując jednak...

siedząc ostatnio w całkiem przyjemnym miejscu z bardzo przyjemnymi ludźmi zastanawialiśmy nad własną przyszłością, celami, marzeniami, perspektywami.

scenariuszy jest kilka.

mogę przybrać drogę nihilizmu absolutnego & kierować się wartościami wanitatywnymi, prowadząc swą marną egzystencję do góra trzydziestego dziewiątego roku życia, po czym sięgnąć po środki zatrzymujące funkcje życiowe & rzeknąć: merci, pardon, au revoir. tak. tak, zaiste może być. w końcu vanitas vanitatum et omnia vatinas, non ?

jest poza tym opcja biernego filozofowania, pisania czegoś czasem, dla pozbycia się nadmiaru myśli cisnących mózg, dorzucając jakieś studia, może politologia, tudzież filologia polska. a wszystko po to, żeby potem wylądować w sejmie, szkole, czy jakiejś innej zapchlonej instytucji & naiwnie wierzyć, że się zmienia życie ludzi. co do zakończenia, patrz punkt pierwszy.

swój upragniony scenariusz niestety musiałam porzucić na wstępie, choć ciągle nad tym ubolewam & nie mogę pozbyć się wrażenia, że to wszystko przez jakąś moją wewnętrzną blokadę & odgórne skazywanie się na porażkę. choć do teraz trzymam się wersji, że jeżeli na mojej życiowej drodze stanie jazzujący mily pan & powie spiewaj w moim zespole od zaraz, to rzucę wszystko, co mam & po prostu to zrobię. z naturą nie wygram, zresztą...nie chcę.

doprawdy, nie wiem, po co się nad tym zastanawiam. w końcu & tak los zrobi ze mną, co zechce. chyba przyda się spacer. może spotkam na swojej drodze jakiegoś jazzującego mężczyznę.

d.

skomentuj (4)

Łąka. 2010-01-22 16:38:32

listening to: pj harvey, this is love


tak. oczywistym jest, iż sto procent to doskonałość absolutna, meritum & apogeum zarazem. ale kiedy sto procent jest tymczasowo, a może & (niestety) permanentnie nieosiągalne & stracone przez własny błąd, cieszy nawet te kilka procent ze stanu doskonałości. na tym polega urok tego stanu & piękno wynikające z doceniania tego, co jest, a nie co tylko mogłoby być dane.

zupełnie jakby w prezencie dostać mały bukiet polnych kwiatów. zaiste, nie jest to łąka, o której się marzyło, łąka, gdzie nieprzyzwoita czerwień maków miesza się z niebiańskością chabrów, gdzie pojedyncze, dziko rosnące kłosy pszenicy tonują te kontrasty, dodając swoim wypłowiałym, przepalonym słońcem kolorem nieco powagi do istnego wulkanu.

ta łąka to odzwierciedlenie eksplodujących emocji, tam sakralność & czystość zostaje tak pięknie zmieszana z pozornie profanującymi ją pragnieniami. całość faluje delikatnie, acz stanowczo, chłonąc letni deszcz & słońce, muskające każdy listek, każdy płatek, każdą łodygę & każdy kłos w sposób zaiście czysto nieprzyzwoity.

patrzenie na tę łąkę odrywa od rzeczywistości & pogrąża w świecie wyimaginowanym, podczas kiedy tu, w miejscu, w którym mróz przenika wgłąb kości, trzymam w rękach bukiet przypominający mi o tych kilku procentach z doskonałości. uświadamia, jak ulotne są chwile, jak szybko więdną w dłoniach maki, a chabry tracą swój blask.

marzenie o łące prowadzi zapewne do nieuchronnej samodestrukcji, ale co słaby człowiek zrobić może, kiedy dostaje czasem ten bukiet & myśli sobie, że kiedyś wejdzie & w posiadanie łąki, że zatopi się w jej cieple & stanie się jednością z naturą, wszystkie kwiaty na własność, całe to piękno, cała ta nieprzejednana ulotność?

na jeden krótki moment przedawkowałam endorfiny.

d.

skomentuj (4)

Brak pomysłu na tytuł. 2010-01-09 19:51:56

listening to: en vogue, don't let go


ale ostatecznie brak pomysłu zawsze jest jakimś pomysłem.

dawno mnie tu nie było, non? owszem. & to bynajmniej nie bylo spowodowane brakiem weny tudzież chęci do postowania swoich niemalże doodbytniczych refleksji życiowych. powodem był raczej chroniczny brak czasu. wait. brak czasu? w święta? no a jednak. jakoś tak się stało, że melina przy Struga na te parę świątecznych dni stała się pełną meliną (parafraza Pełnej Chaty, dla tych nieco mniej rozgarniętych czytelników), wszystko leciało, jak w bicza strzelił, teraz mamy rok kolejny, 2o1o, tak!

niektórzy myślą, że w grudniu 2o12 wszystkich nas rozkurwi, tudzież wykurwi w kosmos.

sceptycznie podchodzę do rewelacji w stylu Bóg, koniec świata, Armegedon, zresztą wiecie. wiadomo, że coś nas w końcu sprzątnie z tej planety, ale to raczej będziemy my sami, bo nieuchronnie dążymy do samodestrukcji, a takie gadki o palcu bożym, który grozi nam, mówiąc 'zginiecie, niewierni', czy tam kalendarz Majów, który dziwnym trafem kończy się w grudniu za dwa lata, to calkiem zabawna sprawa. wierzyć można lub & nie, ale jak to mawiał poseł Kurski: 'ciemny lud to kupi'.

tak, poseł Kurski jest imbecylem, ale tym jednym zdaniem zawarł całą istotę dzisiejszego społeczeństwa. & poniekąd miał rację.

*

muszę przyznać, że z innym nastawieniem weszłam w Nowy Rok. niby nic, bo tylko data się zmienia, ale jednak coś. zawsze można dać sobie jeszcze jedną szansę.

a potem kolejną.

& jeszcze jedną. whatever. pewnych ludzi się odzyskuje, innych się traci. być może nawet więcej się traci, aniżeli odzyskuje. ale bilans nie wychodzi na minusie. bo te odzyskane osoby niejednokrotnie swoją wartością przewyższają stracone. grunt to znaleźć złoty środek we wszystkim, ja przynajmniej w jednym aspekcie go znalazłam & jestem z tego faktu bardzo zadowolona. a tych utraconych nie żałuję. widocznie nie byli dla mnie na tyle ważni, abym teraz miała wyrzuty, tudzież uczucie tęsknoty.

po prostu chciałabym tylko, żeby w tym roku trochę mocniej zaświeciło słońce, ogrzewając serca & poddając wyparowaniu wszystkie troski. w zeszlym roku bylo go trochę za mało. za dużo prób. za bardzo poszarpane nerwy & psychika. ale przeszłość już nie jest ważna. przyszłość też nie. liczy się tylko tu & teraz.

tylko tu & teraz.

d.

skomentuj (2)

Betonowe dżungle & kokony. 2009-12-20 18:49:45

listening to: jay-z/ alicia keys, empire state of mind


lubię tego słuchać. idealnie wpasowało mi się w klimat mroźnej zimy. lubię iść ulicami & wyobrażać sobie, że ta betonowa dżungla, mimo iż zapewne mniejszych rozmiarów, niż wspomniany w tekście Niu Jork, nie przytłacza tego, co najważniejsze, że zza tych zimnych murów wychodzi jeszcze coś radosnego, prawdziwego, że nie wszystko zamieniło się w sztywne & pozbawione uczuć słowa.

niestety, wiara w cokolwiek z dnia na dzień przychodzi mi coraz trudniej. rankiem po prostu otwieram oczy & w duchu modlę się, klnąc przy tym soczyście, żeby ten dzień się już skończył. żebym mogła zasnąć & nie budzić się przez jakiś czas. stałam się niewolnikiem własnej wyobraźni, w głowie jakieś mikrokabelki nieustannie się przepalają, przynosząc coraz mniej konstruktywnych konkluzji wynikających z błędów, coraz mniej zaufania do otaczającego systemu, coraz więcej niepewności co do jutra & tego, co po jutrze nastąpić powinno.

nie chcę wierzyć w depresje, traumy & złe fundamenty życiowe, nie chcę tego steku bzdur w mojej idealnie zaplanowanej przyszłości, która przy okazji drobnego wiaterku rozpierdala się w drobny mak. nie chcę czuć się zniewolona przez przeszłość, mimo że ostatecznie nigdy się z nią do końca nie rozliczyłam. czasem próbuję, co owocuje kolejną bezsenną nocą & górą kartek, wypisanych dwóch nabojów w piórze & przemyśleniami, ewoluującymi w jakiś krzyk rozpaczy, które po nastaniu świtu & tak ulegają destrukcji. na tym polega to wszystko, na ciągłej tchórzliwej ucieczce, odseparowaniu się, stworzeniu w tej wielkiej betonowej dżungli własnego, szczelnie zamurowanego świata. świata, nie domu, bo domem tego nazwać nie można. przez chaotycznie ustawione cegły czasem wpada odrobina światła, która przypomina o istnieniu czegoś dobrego, innego, szansie, której jednak mój mały rozumek się boi & nie przyjmie, bo tak. bo zasady, bo ludzie, bo nie & finito.

tak więc znowu została tylko maska & kawałek betonowego kokonu na własność. witajcie święta, witaj nowy roku.

d.

skomentuj (2)

Sztormy & wody spokojne. 2009-12-12 22:02:40

listening to: madonna, i want you



doszło do mnie dziś, że to jedna z najważniejszych & najpiękniejszych (choć jednocześnie najsmutniejszych) piosenek mojego życia.

burzliwy tydzień. sporo niedomówień. sporo łez. nerwów. ale również chwil szczęśliwych, chwil uświadamiających mi potęgę emocji & piękna przyjaźni. sporo rozmów. z wielu z nich, mimo deklaracji, nic nigdy nie wyniknie. z niektórych już teraz wynikają sprzeczności. niekompatybilność obietnicy poprawy z samymi czynami. ale mnie już to nie martwi, nie spędza snu z powiek. wyłączyłam tę wadliwą część swojego serca na potrzeby osób, które mnie zraniły, tudzież ranią dalej. zdaję sobie zupełną świadomość, iż być może mój częściowy egoizm jest rzeczą, w istocie, moralnie złą, wręcz naganną, ale dopóki moje niedawno odbudowane sumienie nie wysyła mi niepokojących sygnałów, dopóty wszystko jest pod kontrolą. wspominałam to już niejeden raz, ale w końcu, po tym wszystkim, co się stało, muszę dojść do ładu z samą sobą & postawić na odrobinę egoizmu. dziwne. nie przywykłam do tego, ale przywykać jednocześnie nie zamierzam. chcę tę zdrową dawkę utrzymać przy sobie możliwie jak najdłużej, aby znów wrodzona naiwność nie popsuła mi planów świata idealnego & nie wpędziła mnie w kolejne bagno niedopowiedzeń.

& tak to wszystko...nie, nie leci. nie idzie nawet. po prostu płynie. niczym morze. czasem spokojnie, leniwie, czasem zaś gwałtownie, pojawiają się sztormy, ale po każdym przychodzi czas na odpoczynek. płynie, wszystko płynie, jak to mawiał Heraklit, czas, ta rozdzierająca mnie wewnętrznie muzyka z głośników, słowa.

a dopóki płynie, nie ma się czym martwić.

d.

skomentuj (0)

Prosta konkluzja grudniowa. 2009-12-05 19:09:48

listening to: madonna, intervention



kocham grudzień.
kocham weekendy samotnie spędzone, te cholerne dwa dni dla siebie wygrzebane z kalendarza.
coś jest pięknego w tej grudniowej, świątecznej atmosferze. nawet dla ateisty. oświetlone ulice łamiące surowy zimowy klimat, czerwone policzki, zapach cynamonu, gorąca herbata, ciepły koc, muzyka & książka. jakiś taki stan błogości, coś innego.

jednocześnie jednak nienawidzę grudnia.
bo nie ma żadnej radości z ubrania choinki dla samej siebie, zapach cynamonu nie jest tak zachwycający, gdy nie ma się z kim nim dzielić. w święta zazdroszczę tym, którzy mimo narzekania na swoje rodziny, siadają z nimi przy wigilijnym stole & konsumują ten wyjątkowy czas. ale myślę sobie, że tym razem to już nie jest takie istotne. że skoro mam się kim cieszyć przez cały okrągły rok, to ten jeden dzień nie będzie jakimś wyjątkiem, po prostu będzie troszkę bardziej pusty niż zwykle. a nazajutrz wszystko wróci do normy. tak, tak właśnie będzie. pozostaje tylko Marka & Małgorzatę wysłać na Mazury, a będzie wspaniale w każdym calu.

no, może poza jednym.
czasem nie wszystko dzieje się tak, jakbym tego chciała. czasem chciałabym być fair wobec wszystkich, ale & to nie jest prostą sztuką. trochę między młotem a kowadłem. ale teraz już chyba koniec. nie wiem co mogę powiedzieć poza zwyczajnym przepraszam, chociaż nie czuję się do końca winna. zbieram się do rozmowy. po raz tysięczny. & dalej nic. jakaś pustka w głowie. nie umiem oszukać samej siebie. wydaje mi się tylko, że czasem wyimaginowany obraz osoby, bądź sytuacji zbyt mocno przysłonić może zdrowy rozsądek & zwyczajną codzienność, a co za tym idzie, największej krzywdy nie robi się innym, ale samemu sobie...

grunt to znaleźć złoty środek. nie, nie jest mi łatwo to mówić (pisać?). ale to, jak życie się potoczy, zależy tylko & wyłącznie od personalnego nastawienia. to nie bzdura. trzeba tylko chcieć. tak. tylko chcieć. & wierzyć w to, że się potrafi robić rzeczy niezwykłe.

tymczasem filtr zamontowany. w podświadomości. żeby teraz wiedzieć, co mówić, a czego nie. a przede wszystkim komu. trochę się zawężyła lista osób zaufanych ostatnio, ale to konsekwencja własnego wyboru. nie wymagam miłości do swojej osoby. nie wymagam nawet lubienia & popierania moich poglądów, czy czynów. wymagam tylko szacunku, a w tym szacunku zawiera się również poszanowanie mojej prywatności & niewchodzenie w nią na chama. tego nie lubię. bardzo nie lubię. to zawsze wywoływało we mnie odrazę. cóż, uroki życia z Markiem. pewnych, drażniących mnie nawyków ludzkich po prostu nie jestem w stanie tolerować. & to moja decyzja. tak, Hubercie Urbański, ostateczna & definitywna. czas wydorośleć & odciąć się od tego burdelu.

ostatecznie & definitywnie.

d.

skomentuj (1)

O relacji z tolerancją bez akceptacji. 2009-11-29 18:06:32

listening to: anita lipnicka, car door


siadam tu, myślę o tym, co mi szumi w głowie, (nie, wyjątkowo nie alkohol) & zdaję sobie sprawę, że nie umiem tu tego przelać. wypalam się chyba. ale to chyba prawidłowo, bo wenę mam tylko przy okazji depresji, a teraz depresja poszła siną dal & mam powody, żeby się cieszyć, więc & skomplikowany potok słów wydobywający się z mojej głowy nieco zmalał. taka swoista prawidłowość.

tak, dzisiaj była u mnie Krysia. Krysia to moja mama. wbrew pozorom całkiem urocza kobieta, która, mimo że nie udało się jej zrobić ze mnie swojego ideału, chyba mnie kocha. tak, właściwie jestem już pewna, że Krysia mnie kocha. zwyczajowo nie lubię zadawać Krysi bólu, Krysię bardzo boli, że jej najmłodsza pociecha nie jest tym, kim miała być, tylko wybrała tę absolutnie złą drogę, mijającą się z religią & ogólnie przyjętymi zasadami moralnymi. Krysia tego nie akceptuje, ale dopóki toleruje, wszystko jest w porządku. czasem zdarza się jej sentencja w stylu ten zły świat zmierza ku końcowi, tudzież Bóg widzi wszystko & to przed Nim będziemy się tłumaczyć ze wszystkiego, co robimy, ale wtedy, jak na tolerującą-nieakceptującą córkę przystało, zbywam ją lekkim uśmiechem, lub po prostu zaczynam nieporoznie inny temat. takie to moje aktualne relacje z Krysią, obie tolerujemy bez akceptacji, zaczynamy temat drugi, gdy pierwszy zmierza ku dyskusji, poirytowanie zbywamy miłymi uśmiechami. troszkę chore, jak na relację matka-córka, ale cóż, nawet i w tym jest jakaś metoda.

bo przecież głupio byłoby ją stracić po raz kolejny. są chwile, kiedy warto przezwyciężyć własną dumę & okazać pokorę wobec wartości drugiej osoby, kosztem własnych. to jest trudne, czasem bardzo trudne, szczególnie, gdy przełykając gorzkie łzy trzymasz telefon w ręce mówiąc sobie nie odezwę się pierwsza, to była jej wina, to ona jest matką, więc powinna o mnie zabiegać, ale chwilę później uświadamiasz sobie ale Ty jesteś córką, powinnaś okazać jej ten szacunek, przemilczeć parę spraw, ugryźć się w język wlaśnie przez ten cholerny szacunek. tak, to jakiś wewnętrzny konflikt, paradoks. oby więcej do takowego nie dochodziło.

powoli zaczynam w głowie podsumowywać sobie nieuchronnie mijający rok & myślę sobie, że analizując caly bilans zysków & strat, jednak wychodzę na plus. wchodzę w Nowy Rok & formalną dorosłość zarazem z większym poczuciem własnej wartości & wiarą w swoje możliwości. mogę wiele, chyba w końcu zdaję sobie z tego sprawę.

mogę jeszcze więcej. zdecydowanie.

d.

ps. pardon za to zapożyczenie z tolerancją & akceptacją, ale tak mi jakoś wybitnie spasowało do wyżej podanej relacji.

skomentuj (0)

Po prostu. 2009-11-21 21:33:50

listening to: kings of leon, closer


nie wiem, czy to była depresja, a jeśli była, to się z niej wyleczyłam. zdecydowanie. zero powrotu do tego, co było, zero rozmyślania nad tym, co być mogło. ostatecznie po każdej burzy wychodzi słońce, non? & wyszło. delikatnie odbija swoje promienie w marmurowych nagrobkach, dotyka policzków, przechodzi między palcami, napełnia wnętrze optymizmem i nieskończoną nadzieją. uświadamia, że to wszystko gra pozorów, a wartości najważniejsze & tak znajdą swoje spełnienie, bo są permanentne, wygrawerowane w podświadomości. to bomba, która czeka tylko na iskrę uruchamiającą cały mechanizm.

a kiedy wszystko wybuchnie, znów jest pięknie.

może to tylko chwila. pieprzę to. złapałam tę chwilę symbiozy idealnej z własną duszą. Alter i Ego po raz pierwszy od wieków dogadały się ze sobą. cena, jaką przyszło jednej & drugiej stronie zapłacić za tę idyllę była dosyć wygórowana, ale warto było. pewne kwestie trzeba było zwyczajnie zakończyć, ale otwarł się jakiś nowy, inny, lepszy rozdział.

dawno takiego przyplywu pozytywnej energii z mojej strony nie było, non ? życie bywa zaskakujące. zaiste.


a tej dewiacji leczyć nie chcę. tak jak i tysiąca innych. dobrze mi z nią.

d.

skomentuj (2)

Scementowane. 2009-11-19 19:28:08

listening to: muse, undisclosed desires



przesadą jest, gdy mówię ja z częstotliwością większą niż ty
gdy w otchłani własnej tragedii zapominam o tragediach wypisanych w ludzkich twarzach, bliskich twarzach
gdy zapominam o tym, co istotne, będąc tak pochłonięta robieniem wszystkiego, byleby nie wracać do tego co było

przesadziłam. teraz, gdy już mi pewniej patrzyć w oczy, wiem o tym. skrywdziłam nie tylko siebie. gdyby nie zdrowy rozsądek...nie mój, niestety, mogłabym zatracić się w tym wszystkim jeszcze bardziej & zapomnieć o tym, co najistotniejsze.
ale plastik znów się stopił. znów jest lepiej. znów czuję siłę, by mówić, by patrzyć przed siebie, by stąpać po ziemi, by każdym swoim uczynkiem zaznaczać wyraźny ślad tam, gdzie już dawno powinnam go zaznaczyć. kończy się ta kosmiczna demencja.

Mentorze? bo czuję, że tak powinnam się zwracać. jesteśmy tylko ludźmi. mamy milion wad, skrytych skrzętnie pod skórą, ujawniających się w najbardziej nieoczekiwanym momencie. ale ostatecznie po to mamy siebie, aby caly ten nieoszlifowany diament doprowadzać do perfekcji. to, co zbudowaliśmy to najcenniejsze, co mamy. to, co pod skórą się nie liczy, to tylko zlepek rzeczy najgorszych, które powodują konflikty & nieporozumienia.

jeśli się kiedyś pogubię, to nie zapomnij pierdolnąć mnie w twarz, proszę. ale potem przytul & obiecaj, że wszystko będzie dobrze. bo tak się boję, tak cholernie boję.

d.

skomentuj (2)

Mariaż gatunkowy. 2009-11-07 17:27:48

listening to: aaliyah, we need a resolution


poczynając od tragedii, przez horror, komedię z happy endem, dramat, kończąc na pospolitej obyczajówce. tak podsumować można kończący się tydzień. gatunki niemalże nachodzące na siebie, przeplatając swoje arcydziwne wątki dały mnóstwo nauczek, wiele wniosków, w konsekwencji jednak pustkę, na początku bolesną, teraz pustkę w stu procentach kompatybilną ze swoją pustkowatością, obojętną, tak zwaną nicość.

ostatecznie tylko maniakalne rzucenie się w wir zajęć uchroniło mój zgubny rozumek przed popadnięciem w całkowity letarg psychiczny, nawet lektura niebardzo lubianego przeze mnie Sienkiewicza stała się sprawą zaiste fascynującą. czuję się niczym coś przejrzystego, jak biała kartka papieru, z której wszystkie myśli & emocje zostały wymazane. w normalnej sytuacji pomyślałabym to dobrze, ale na odwrocie tej kartki są straszne kleksy, jakieś permanentnie wpisane bazgroły, które nieco blokują możliwość pisania od nowa historii na czystej stronie. tak jakbym znów dostała tabula rasę, ale nie umiała znaleźć odpowiedniego pióra do wypełnienia jej przestrzeni.

z jednej strony zachłanna wręcz potrzeba zmiany, z drugiej jakiś chory sentyment, który wszystko trzyma w starym nieładzie. takie oto przemyślenia nachodzą mnie w ten smutny & cherlawy weekend, po smutnym jak pizda tygodniu, podczas którego obiecałam sobie jedno: nigdy więcej.

potrzebuję wyjazdu.

sama.

daleko.

żeby się odbić od dna. stwarzanie pozorów powinnam wpisać w CV jako swoją profesję, ale prawda jest taka, że jestem na dnie, na cholernym egzystencjonalnym dnie. tylko odrobina zdrowego rozsądku mi została na tym dnie.


d.

skomentuj (1)

Czaj halucynogenny. 2009-10-27 17:42:41

listening to: joy division, in a lonely place


za każdym razem, kiedy tego słucham, ciary mnie przechodzą.
pozycja idealna na jesień, wprawiająca w nostalgię, zamyślenie, jakąś dziwną melancholię.

zawiodłam siostrę, która myślała, że od wakacji nie palę. cóż, na razie porzucanie czarnego pana idzie mi kiepsko, chociaż zaraz...przecież ja rzuciłam! fakt, zapomniałąbym, że rzuciłam, teraz z pogardą patrzę na tych uzależnionych & myślę sobie: skoro nie jestem w nałogu, to mogę sobie pozwolić na swobodne palenie. Jarmuschem zaleciało, non? & takie było pierwotne zamierzenie.

co do tytułu: nie, nie ma czaju halucynogennego. ja po prostu jakiś kryzys & rozkwit twórczy zarazem przeżywam, kończę niezaczęte, zaczynam niedokończone, bazgram coś w wolnych chwilach na papierze, coś, co może pewnego dnia powstanie niczym feniks z popiołów, z całego tego nieogarniętego mętliku, z nielogicznych pół-zdań. na razie ja przepraszam, ale nie jestem w stanie. muszę poromansować z chemią, bo jest z nią troszeczkę niefajnie, ale & tak jestem z siebie dumna, że do końca tego semestru bliżam się z czystym kontem & bez większych problemów, jakie to życie potrafi być czasem zaskakujące, niesamowite.

a tak poza tym, to:

someday we will die in your dreams,
how I wish we were here with you now


ten czaj halucynogenny jest na dłuższą metę, zaiste, niebezpieczny.

ach & och, przyjemnej, brudnej jesieni. katujmy się Joy Division & chwalmy pana, o tak.

d.

skomentuj (2)

O nałogach & demonach. 2009-10-23 19:45:02

listening to: wyclef jean/mary j. blige, 911


powietrze już coraz mniej pachnie Tobą. zaczynam wreszcie czuć aromat kawy, który wypełnia całe mieszkanie mieszaniną ciepła & niepokoju. kawa, według mojego skomplikowanego umysłu to ciemna alegoria niepokoju, jakiejś pustki wypełnionej wyrafinowanym smakiem. jestem słaba. wróciłam do tego nałogu, paskudnego & przyjemnego nałogu & nie zamierzam opuszczać go dopóki, dopóty moje ręce nie będą trząść się jak w ostatnim stadium padaczki. świadoma autodestrukcja jest swoistym sposobem na symbiozę z własnymi demonami, niepolegającą jednak na walce, ale na dyskusji, z samym sobą, z własnym ja, z własnym sercem, z własnym...sumieniem ? te demony targające umysłem czekają tylko na chwilę zrozumienia. refleksji nad przyszłością.

w piątkowy wieczór zatrzymuję więc swój pociąg pospieszny do śmierci & w myślach rozmawiam z nimi. analizuję. poznaję przyczyny swojego strachu. swojej nieustannej tułaczki z kąta w kąt. swojej przeszłości. życia spieprzonego przez rodzinę w fundamentach. życia, które teraz ja, jako istota niemalże dorosła muszę budować od podstaw. są dni, w których nie mam na to siły, kiedy widzę niedoskonałość domu, który samej sobie buduję, kiedy boję się, że zaraz to, co już udało mi się stworzyć może zostać zmiecione przez kolejną wichurę, kolejną burzę.

nie mogę powiedzieć, że uważam się za nieszczęśliwego człowieka, byłoby to poważną przesadą z mojej strony, ale mimo wszystko ostatnio zastanawiałam się, czy nie opuścić mojego placu budowy. czy w dniu osiemnastych urodzin nie podarować sobie najpiękniejszego prezentu, a mianowicie śmierci. byloby to zaprawdę spontanicznym & zaiste, ładnym prezentem, przerwać swoją egzystencję, zanim się ją jeszcze na dobre zacznie. nie to, że koniec spowodowany jakimś cierpieniem, nie. koniec spowodowany...po prostu końcem. tak, myślalam nad tym dość długo & poważnie & już bylam niemalże zdecydowana, kiedy nagle spojrzałam na jedno zdjęcie na tablicy...

& powiedziałam sobie: Ty pierdolona egoistko. powinnaś się smażyć w piekle, przeżywać męki Tantala & wtaczać ten ciężki głaz bezsensownie, niczym Syzyf. tyle rzeczy jeszcze do przeżycia. tylu ludzi, których kochasz.

& pomyślałam o moim Aniele, słabnącym Aniele, którego ja, będąc niemalże tak samo słaba, próbuję podtrzymać na powierzchni wody, żeby razem ze swoimi pięknymi, aczkolwiek przemokniętymi & zniszczonymi skrzydłami nie utonęła w tej zimnej, bezkresnej toni. przez umysł przeleciała mi scena, jak mój Anioł bez mojej marnej pomocy traci resztkę sił potrzebnych do życia & poddaje się w walce, tonie. a przecież po to jestem, po to, żeby trzymać Anioła za ręce & nie dać jej odejść, żeby dla Niej wskrzeszać cień uśmiechu & być, słowem, duchem, ciałem. za bardzo kocham, żeby to tak po prostu skończyć. jeszcze nie game over. najpierw musimy wydostać się z tej wody & zacząć żyć inaczej. przynajmniej na chwilę. tak. bo gdybym to ja straciła Anioła ? myśl ta tak bardzo mrozi mnie,  że nie potrafię sobie jej wyobrazić. to byłby sztylet prosto w tę górę lodową, zwaną również sercem.

*

mężczyzno, coś Ty ze mnie zrobił ? jakąś rozchwianą emocjonalnie wariatkę, która czasem zapomina własnego imienia. ale to już koniec. zabawa w kotka & myszkę jest dawno passe, a ja muszę żyć dalej, skupić się na czymś ważniejszym, a praktycznie rzecz biorąc, na czymkolwiek, byle nie zaprzątać swojej zanadto wyeksploatowanej ostatnio głowy Twą osobą. zaśpiewałabym Ci Tę ostatnią niedzielę, ale nie będę profanować najpiękniejszej pieśni świata swoim głosem. niech mówią oczy. tylko oczy.

w tym miejscu miał być jeszcze jeden wywód, ale, primo, daruję to już znużonemu czytelnikowi, secundo, moja demencja znów mnie dopadła & nie wiem, czego ten wywód miał dotyczyć. tak, to dlatego. dlatego ciągle zapominam. tak, masz rację. w zupełności.

d.

skomentuj (5)

Jesienne pitolenie. 2009-10-17 20:23:29

listening to: nelly furtado, say it right


moja demencja mnie zadziwia. idę, mam gotowy plan wypowiedzi, po czym siadam & orientuję się, że zapomniałam, o czym miałam napisać. ach, tak, czyli ostatecznie popierdolę sobie znów od rzeczy, ponarzekam, pomarudzę & jak zwykle nic z tego nie wyjdzie. jak ja to lubię, jakieś to komiczne. to chyba jakaś mała aberracja z mojej strony. zadziwiające, że moje otoczenie jeszcze ze mną wytrzymuje.

ale, o czym ja to miałam. ach, tak. zasmuca mnie fakt, że człowiek, całkiem inteligentny, jak mniemam, wzięty w sidła zazdrości jest w stanie zmienić się o 180 stopni. to jest nawet nie tyle smutne, co zwyczajnie irytujące. zazdrość straszna rzecz. wiem, bo sama zazdrośnicą jestem, ale nie wyobrażam sobie tak po prostu ranić werbalnie, tudzież niewerbalnie osobę, na której rzekomo mi zależy, cisnąć przykrymi słowami niczym wkurwiony Zeus grzmotami, wiercić, wkręcać korbę & generalnie z rzekomego 'uwielbienia' do danej jednostki, uczynić z niej swojego wroga numer 1. taka tylko malutka dygresja. nie powiem 'nic personalnego', bo to, zaiste, bardzo personalna dygresja, ale nie imiona są tu najważniejsze, tylko istnienie tego przykrego faktu.

druga sprawa. jesień. zima. zimojesień. whatever, mniejsza o nazewnictwo. daje się mojej psychice mocno we znaki. cóż, ja znów muszę stwierdzić, że nie do końca ogarniam sytuację. takiej huśtawki nastrojów, jak ostatnio, już dawno nie miałam. Marek się pogubił w moich nastrojach. ja chyba też. na szczęście Marek nie snuje znów teorii o mej domniemanej ciąży. twierdzi, że za dużo stresu w szkole. no, ostatecznie. niech tak myśli. nie zasmucam płodziciela swoimi gorzkimi żalami.

sprawa trzecia. już kiedyś określiłam tego bloga mianem artystycznego pierda, choć nie jestem do końca pewna, czy nawet na takie miano zasługuje, ale, zaiste, bardzo miło mi, kiedy ja & moje nieposklejane myśli spotykamy się ze słowami uznania.

sprawa czwarta...znów zapomniałam. za dużo wina. miłego wieczoru.

d.


skomentuj (2)

Bóg, ojczyzna, rodzina. 2009-10-14 17:50:14

listening to: franz ferdinand, ulysses


ta aura pogodowa robi sobie jakieś jaja ze mnie. doprawdy, już nic nie jest mnie w stanie zdziwić teraz.

tak ostatnio ukradkiem w autobusie podsłuchałam rozmowę dwóch starszych panów. szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak owi panowie się nazywali, powiedzmy, że A i B. konwersacja byla dość poważna, aczkolwiek w dosyć lekkim tonie. taka rozmowa o sprawach istotnych, ale bez nadmiaru patosu & niepotrzebnego wdawania się w szczegóły. zaciekawiło mnie jedno zdanie. otóż pan B stwierdził, iż najważniejszymi wartościami w życiu są Bóg, ojczyzna & rodzina.

więc zaczęłam myśleć nad tymi słowami intensywnie.

tak, Bóg. cóż, muszę przyznać, że od dosyć dawna wzajemnie z tym panem niebardzo w siebie wierzymy. taki drobny paradoks, kiedyś zajmował w moim życiu bardzo ważne miejsce & odgrywał niemalże pierwsze skrzypce, ale coś się stało po drodze, że nasze drogi zupełnie się rozeszły. szczerze [?] myślę sobie, że zazdroszczę tym, którzy w niego wierzą. bo ja już za bardzo okresu mojej wiary nie pamiętam, pamiętam tylko tę fałszywą otoczkę, która zawsze byla widoczna nad głowami jego wyznawców, w których kręgu przyszło mi się obracać. samej tej wiary jakoś nie bylo dane mi porządnie odczuć. jak mniemam, jest to dość popularny problem młodych ludzi, bo zostaje im wtłuczona do głowy taka a nie inna religia & potem jest to juz kwestia nie tyle serca, co po prostu przyzwyczajenia. zboczenie z kursu obranego przez rodziców, dziadków, czy też inne istotne jednostki jest dosyć niewygodne, a wręcz może narazić na szwank relacje rodzinne.

tak, znam to z autopsji.

ale jestem z siebie dumna. wyłamałam się. mojego życia nie ogranicza wyimaginowana istota/siła (niepotrzebne skreślić), do której zasad muszę się stosować. w moim odczuciu mam dosyć wysoko rozwiniętą moralność...dobra, bez przesady. mam przyzwoicie rozwniętą moralność. powiedzmy, że odróżniam dobro od zła. czasem zdarza mi się tego zła zasmakować, ale gdybym tego nie robiła, nie potrafiłabym w pełni docenić dobra. to dosyć proste dla mnie. może to błąd młodości. możliwe, w końcu od paru lat każdy mi kracze, że bez Boga daleko nie zajdę, ale póki co, radzę sobie dobrze. może zdwocieję na starość...chociaż, zaraz, jaką starość [?] whatever. sprawa jest dla mnie klarowna. tak, Mamo, nie wierzę w Boga. liczę na to, że kiedyś się z tym faktem pogodzisz.

ojczyzna. to już inna półka. cóż, z jednej strony nie czuję się patriotką, na swój sposób kocham ten kraj, chciałabym w nim naprawić wszystkie szkody & wyprowadzić do pionu. z drugiej strony ciągnie mnie w obce strony, coś tam kusi za granicą, wielokulturowość świata jest sprawą fascynującą, toteż nie przywiązuję się zbytnio do tych czterech ścian, nie składam szumnych obietnic & deklaracji, zostawiam wszystko czasowi, a to, czy zostanę tu na dłużej, czy porwie mnie świat, okaże się w przyszłości.

rodzina. to słowo zawsze wywołuje we mnie jakąś mieszaninę kontrastowych uczuć. ostatecznie rodziny się nie wybiera & to jest zazwyczaj przyczyną wszelkich nieszczęść spotykających człowieka, ale pocieszam się myślą, że przecież zawsze moglo być gorzej, non [?] fajnie mieć mamę, ale zawsze jest perspektywa, że niedługo zamilknie na kolejne pół roku. Marek to już inna kwestia. tak naprawdę & na sto procent swoją prawdziwą rodziną mogę nazwać chyba tylko siostrę. ostatnio śniło mi się, że zginęła w wypadku. przez dwa dni nie umiałam dojść do ładu ze sobą. teraz pewnym dla mnie jest, że kiedy jej zabraknie, to mnie również. wiele było między nami spięć, ostrych wymian poglądów, ale ostatecznie to tylko ona z całej tej niedorobionej familii była przy mnie & nie jestem w stanie, choćbym nie wiem jak się starała, zarzucić jej czegokolwiek. każdy błąd ulega zapomnieniu, każda kłótnia zostawia tylko małą, niewidoczną bliznę, cieszę się, że jest & szczęśliwa będę, jeśli zostanie ze mną do końca. swego czasu kładłam się & budziłam w myślą, że w każdej chwili jej już może nie być, że się zaćpa, zapije, albo rozpieprzy gdzieś tym cholernym samochodem, ale to było takie myślenie czysto jednotorowe, nie przyjmowałam tego do siebie na poważnie, gdybym przyjęła, pewnie zeszlabym na depresję po niedługim czasie. oczywiście nie byłabym w stanie powiedzieć jej tego wszystkiego w oczy, więc mówię to tu.


poniosło mnie troszkę. znów ten moralny ekhibicjonizm. resztę zachowam dla siebie. jakoś tak ostatnio ten mój mętlik w główce skłania mnie do abstrakcyjnych wręcz przemyśleń. chciałabym gdzieś uciec...sama. daleko. na jakiś czas. wyłączyć telefon & pobyć sam na sam z ciszą absolutną. może nawet napisać książkę. myślę, że to byłaby całkiem niezła terapia. chciałabym na jakiś czas rozciągnąć swoją, dosyć napiętą, dobę & pozbyć się tego natłoku wspomnień, myśli & uczuć.

*

pan A odparł panu B, że ma rację. nie chciałam wiedzieć, jak dalej potoczy się rozmowa. założyłam słuchawki na uszy & udałam się w wewnętrzną modlitwę z moim własnym Bogiem, muzyką.

d.

skomentuj (6)

Złe nawyki. 2009-10-11 17:02:31

listening to: maxwell, cold


siła sprawcza człowieka przedstawionego na tej małej okładeczce powyżej jest, zaiste, niesamowita. po raz kolejny inspiruje mnie do niezdrowego monologu, który mimo swej skazy pozwala mi jednak dać upust emocjom kulumującym się & tylko czekającym na wybuch.

to niesamowite, ale kiedy słyszę tak pięknie wyśpiewane słowa so cold, to przeszywa mnie jakiś dreszcz & chłód, realistyczny stuprocentowo chłód. ku mojemu przerażeniu chwilę później okazuje się, że ten chłód, to cholerne zimno, pochodzi skądinąd ze mnie samej, że sama wybudowałam sobie jakiś kokon, otoczyłam się murem, zapewne ze strachu przed nieznanym.

mój mur jednak miał dosyć wadliwą konstrukcję & się rypnął. no cóż, tak czasem bywa. wraz z runięciem muru wyleciały ze mnie wszystkie siły potrzebne do życia, ale myślę sobie: tak też bywa. w końcu, jakby nie patrzyć, sama jestem sobie winna. ach, uświadamiam sobie jeszcze, że mimo warunków raczej niesprzyjających, plastik, o którym niedawno wspominałam, ulegl jakiejś destrukcji, stopił się, odsłaniając dobitnie wszystko, co ostatecznie miało nie być powiedzianym.

doprawdy, nie powiem teraz słów tak wręcz przyspawanych do mnie: nie ogarniam,  bo zmęczyły mnie już te słowa & ich nicość z nich wynikająca, nie chcę przez życie iść jako ta nieogarnięta pierdoła, marzy mi się w końcu naprawdę stanąć na nogi & oznajmić swoim złym nawykom: wygrałam. zaiste, to naprawdę piękna perspektywa, cieszy mnie fakt, iż czynię krok pierwszy do zrealizowania jej, czyli uświadamiam sobie samo jej istnienie. wcześniej jakoś nie wpadło mi do mej kulawej główki o tym pomyśleć.

swoją drogą to ciekawe. skomplikowane zyskało rangę superskomplikowanego, ale mimo wszystko jakoś lepiej patrzy mi się teraz w to szare niebo. chcialabym to jakos zgrabnie & krótko ująć w całość, ale chyba jeszcze nie potrafię.

bilans szkód spory, ale perspektyw większy.

d.

skomentuj (2)

Pierwotnie, acz plastikowo. 2009-10-02 19:21:34

listening to: bjork, innocence


posiedźmy w domu. jeszcze chwilę. poużalajmy się nad naszym losem. zanurzmy się w bezkresnej głębi kryzysów osobowościowych, czerpmy pustą, nieskończoną siłę. pozwólmy sobie na małe szaleństwo w tej, zaiste, osobliwej egzystencji.
potem wyjdźmy na ulice, wyjdźmy w miastu, aby wyeksponować światu bijącą z naszych twarzy abstrakcję. tak, zróbmy to [!]

a pod uśmiechami ukrywamy rozpaczliwe wołanie o pomoc, wewnętrzną destrukcję, konflikty wartości, strach przed życiem, porażką...strach przed miłością.

zaiste, moi jest wykonana z plastiku. plastiku uduchowionego, owszem, ale nadal po prostu plastiku.

wszyscy jesteśmy plastikiem, zaiste, wszyscy.

żyć przyszło tu, w czasach, w których nie wystarczy juz tylko udawać sympatii, aby osiągnąć cel zamierzony. dziś udawać trzeba szczęście, orgazmy, udawać uczucia. to ten plastik, ten niebezpieczny wentyl bezpieczeństwa, maska.


ucieczka.

my, plastikowi, pod grubą warstwą ostatecznie mamy jednak serce, z którym ów plastik wchodzi w niebezpieczną reakcję.

bawimy się tak wspaniale, chociaż serca krzyczą. gra pozorów. mistyfikacja wraca na salony.



tak, kryzys.

skomentuj (2)

Dead & Gone. 2009-09-23 19:44:10

listening to: florence + the machine, drumming song


a więc po małej nieobecności stwierdziłam, iż wypada mi w tym miejscu coś napisać.

pierwsza moja refleksja, rozwijająca się prężnie od jakiegoś czasu, dotyczy muzyki. czyli generalnie żadna nowość.

otóż tak sobie z moją Spadającą Gwiazdą Izabelką przerzucałyśmy ostatnio kanaly rzekomo muzyczne & zgodnie stwierdziłyśmy, że kierunek, w jakim ta najważniejsza wartość mego życia zmierza jest conajmniej niepokojąca. chociaż może nie do końca o to chodzi. niepokojący jest fakt promowania rzeczy niepotrzebnych, a pomijanie piękna & muzyki naprawdę godnej uwagi, świadczy o tym nie tylko rzadkość, z jaką można natknąć się na swoistą perełkę, ale również godzina emisji tych rzadkości...najczęściej późne pory nocne, tudzież blady świt (tak, jestem hardkorem & wstaję o piątej rano).

tak, mój dzień zaczyna się od przerzucania tych kanałów, tudzież odpalenia diabelskiego narzędzia zwanym również Internetem, w celu tak zwanego 'obczajenia' nowinek & tych mniej nowinek, czasem mnie to załamuje.

mój gust absolutnie nie jest & nigdy nie był ujednolicony, uważam za glupotę zamykanie się w jednej szufladce gatunkowej. drugą, równie przykrą dla mnie sprawą jest absolutne obrzydzenie do komercji & traktowanie z góry każdej rzeczy, która pojawi się w rozglośni radiowej.

moi drodzy, komercja nie jest rzeczą złą samą w sobie. złą czynią ją jej odbiorcy, tak uparcie wałkujący stały schemat umcy-umcy-manieczkowi, tak, tak, to prawda. grunt to, w mojej skromnej opinii, znaleźć złoty środek, ukierunkować swoje wartości muzyczne, kompletować jak dobrą kawę, dobierając po ziarenku również rzeczy powszechnie uznanych za komercyjne. życie przesiąknięte na wskroś aromatem muzyki jest, zaiste, piękne. nie wiem jakie jest życie bez muzyki, bo takiego nie znam & znać nie zamierzam.

nie udało mi się skleić tego wszystkiego, co rzec chciałam, w jedną, logiczną całość, ale mimo wszystko staralam się jak najbardziej przejrzyście, pardon.

*

a tak poza tym [?]
moje życie jest skomplikowane, to również żadna tam nowość, ale ostatnimi czasy stało się jeszcze bardziej skomplikowane & popieprzone, co powinno mnie głęboko zasmucać, ale, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu - zwyczajnie mnie śmieszy. z dumą stwierdzam, że jestem na dobrej drodze do pelnego odnalezienia & określenia swojej wartości, cieszę się z tego, bo całe życie miałam z tym problem. moim aktualnym problemem są tylko & wyłącznie złe przeczucia, ale taka już jestem, zawsze mam takiego stracha, kiedy kogoś mi bliskiego czeka coś ważnego, typu podróż.

z jeszcze większą dumą jednak stwierdzam, że nie tęsknię absolutnie & ostatecznie przekreśliłam pewną część swojego życia, część swego czasu najważniejszą, teraz zwyczajnie zapomnianą bez tak zwanych skutków ubocznych. może ja jednak wychodzę na ludzi [?]

*

ostatnia sprawa, przez którą jeszcze nie tak dawno metaforycznie wypruwalam sobie żyły, teraz wzbudzająca we mnie uśmiech politowania & jakąs taką mieszankę satysfakcji z uczuciem wygranej:

nie myśl, że bylam tak uzależniona, że na jeden przyjazd, jedno skinienie, jestem w stanie wrócić, zwyczajnie wrócić & zapomnić o wszystkich krzywdach wyrządonych na mojej & tak mocno rozpierdolonej psychice. starej mnie już nie ma. nie wróci. nie da się więcej wykorzystywać & uśmiechem zbywać każdą krzywdę. aktualne jestem na etapie stawiania na nogi & nie dam nikomu sobie w tym przeszkodzić. za dużo tego było.

zresztą moja niezastąpiona Mary J. ma odpowiedni komentarz na każdą sytuację:

Then baby just pack your bags
Cause I'm sick and tired of fighting
I'm sick and tired of trying
I had enough of waiting
I'm not that good with playing
I know I love you
But I love myself too


& tym jakże pozytywnym akcentem kończę swój nudny wywód. pozdrawiam wszystkich skomplikowanych.

skomentuj (1)

W kwestii formalnej. 2009-09-07 19:44:29

listening to: terence trent d'arby, sign your name



kwestie merytoryczne dopadają mnie ostatnio & szlag mnie przez to trafia. młyn z nieszczęsnym przepisaniem do klasy filmowej, jakieś tam drobnostki dotyczące tego & oewgo, no nieważne.

bo proszę państwa, ich moi absolutnie nie jest wyrafinowaną egoistką, ale w klasie integracyjnej uczyć się nie zamierza. & nie przez swoją dumę w negatywnym tego słowa znaczeniu, ale po prostu chce walczyć o sprawiedliwość, dla tych, którzy raz spieprzyli & chcą swój błąd naprawić, ale w środowisku do tego sprzyjającym. a środowiskiem sprzyjającym ich moi absolutnie nie może nazwać klasę, w której jest zredukowana liczba godzin polskiego, ograbienie z przyjemności egzostowania na lekcjach filmu, czy też zupełnie nieludzki poziom delikwentów w klasie integracyjnej. szlag, ich moi wyszła na patrzącą na ludzi z góry. przeprasza, nie chciała.

tak w ogóle to nie mam pojęcia, dlaczego notkę tę piszę w trzeciej osobie, chyba za dużo Nequama się ostatnio naczytałam. wróćmy do ich moi w pierwszej osobie.

tak, więc po raz kolejny okazuje się, jaka to koszmarna papla ze mnie & jak szybko oceniam ludzi. za szybko. zdecydowanie powinnam się czasem ugryźć w tej swój paskudny żmijowaty język, nie mówić tych kilku słów za dużo, nie przedstawiać danej osoby innej osobie w negatywnym świetle. szlag, shame on moi, obiecuję się poprawić & potem nie wywoływać wielkiego zaskoczenia w odbiorcy, który święcie przekonany jest o moim negatywnym stosunku do danej osoby, a tu się okazuje, że bach [!], jest inaczej.

z drugiej strony, jak to już dziś rzekłam kulawo, tylko krowa poglądów nie zmienia & tego się trzymać będę, co nie zmienia kfatu, że ich moi się poprawi, obiecuje, bo już od dawna pracuje nad swoim niedobrym charakterkiem & pracować chce dalej.

*

a Marek jak to Marek. po tym, jak średnia pociecha nie odbiera telefonów, najstarsza pociecha już dawno odeszla w siną dal, została tylko pociecha najmłodsza, chociaż polemizowałaby,, czy w tym wypadku pociecha to najodpowiedniejsze słowo. bo prawda taka, że ten Marek, to problemów ze mną ma sporo, to mu jedynki przynoszę ze szkoły, to mu zemdleję gdzieś przypadkiem, ty przynoszę z biura całą reklamówkę prezerwatyw. współczuję temu Markowi czasem, szczerze mówiąc. bo ja sobie nie wyobrażam takiej córki jak ja sama. wiadomo, Marek choleryk nad choleryków, ale ostatecznie ma w sobie dosyć sporą dozę uczuć prorodzinnych & tego się trzymajmy. doprawdy, chciałabym, żeby ten Marek się przestał o mnie martwić. tu nie chodzi o mnie, że mnie to męczy, czy coś, ale o niego chodzi, bo kiedy ja, mając lat dwadzieścia parę & mieszkając w innych mieście nadal odbierać będę telefony o treści jak się czujesz [?] uczyłaś się [?] wszystko w porządku [?], to nie mnie serce siądzie, tylko Markowi, rzecz to jasna. a ja nie chcę, żeby Markowi serce siadało, może ostatecznie w przypływie złości powiem tudziez pomyślę trochę za dużo, ale to takie czcze gadanie w gruncie rzeczy, non [?]

ale się rozpisałam. Marek się będzie martwić, że spędziłam przez monitorem trochę więcej czasu niż zwykle.

Marku, płodzicielu, ojcze, tato: nie martw się. Twoja szanowna córka ostatecznie mózg ma. a to, że rzadko z niego korzysta, to już nie Twoja wina.

digger

skomentuj (1)

Słów kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt. 2009-08-30 23:06:49

listening to: madonna, the power of good-bye


nie pamiętam już koloru Twoich oczu.

czy to źle, czy to ja jestem zła, czy za bardzo się wyprałam z uczuć wszelakich, ze wszystkiego, co było we mnie dobre [?]
jeszcze kilka wspomnień dziś mi wróciło. przy okazji rozmowy pewnej. kilka wiele znaczących wspomnień, ktore dzisiaj są obojętne.

na litość boską, jak ja Ciebie kochałam. serce bym Ci oddała, wszystko co miałam.

*

stół, który od trzech dni byl upierdolony, doczekał się w końcu fachowego posprzątania. Izabelko, nigdy nie zafunduję sobie botoksu. & na oświetlenie zarobimy. operatora kamer też zatrudnimy. nasze show będzie na poziomie. zakladając, że kiedykolwiek do niego dojdzie.

nie płacz za mną, Argentyno. przecież ja Cię nigdy nie opuszczę.


digger

skomentuj (0)


dodaj zobacz

2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad


znajomi
Axun
Patrycja
Igor
Piotr
Rox
Karol
Jezus

że niby ja w sieci
FaceBook
Blogger
YouTube
pbl
deviantART
nk
grono
lastfm