Przeprowadzka. 2012-01-17 20:51:05

Z powodów czysto technicznych, blog zostaje przeniesiony na nowy serwis.

Wszystkie stare notki zostają tu, Blame Game jest kontynuacją tego wątpliwej jakości dzieła.

Od dzisiaj mój kawałek przestrzeni znajduje się tu:

http://diggerowa.blogspot.com/

zapraszam.

skomentuj (0)

Let it begin (again.) 2012-01-07 20:52:29

poważnie, aż tak długo mnie tu nie było? e tam, pierdolisz, Wąski, data w komputerze Ci się spieprzyła, dlatego ciągle jesteś pół roku do tyłu za wszystkimi. ja tu pisałam regularnie. dzień w dzień. godzina w godzinę. tylko niestety, sieć dosięgnął ogólnoświatowy kryzys, przez co to wszystko, co napisałam zniknęło bezpowrotnie. przysięgam, tak właśnie było.

no nie, nie było.
aż trochę żałuję, że jakiegoś śladu nie zostawiałam tu chociaż raz w tygodniu, może w końcu bym się dowiedziała, co robiłam przez ostatnie kilka miesięcy, tygodni, dni. mam prześmieszne dziury w pamięci. jakby ktoś rozszarpał kliszę w mojej głowie (tak, mój mózg funkcjonuje na kliszę), zostawiając pojedyncze slajdy bez ładu & składu. wszystko jakieś nieostre, wyblakłe, nijakie. w dodatku, proces odzyskiwania utraconych kawałków okazał sie boleśniejszy, niż myślałam, wobec czego porzuciłam go niemalże na wstępie.

jedna rzecz tylko uderza nieśmiało z tego potarganego filmu. coś ciepłego, miłego, bezpiecznego. coś, co było mi w końcu dane odnaleźć jakiś czas temu & co znikło, mam obawy, bezpowrotnie, żeby zasiać w tym miejscu, gdzie było serce jakąś idiotyczną nadzieję, po czym bez wahania ją zasypać. nie wiem, czy to coś, co sama sobie wmówiłam, czy naprawdę gdzieś tam było, czy to był tylko idiotyczny sen? nie wiem, naprawdę nie wiem. widzę fragment białej koszuli, słyszę wyrywkowo czyjeś bicie serca, czuję czyjeś ręce w swoich rękach & ciepły oddech na szyi. czuję, że jest mi przerażliwie zimno & nagle coś ciepłego mnie otacza, w sposób idealnie bezpieczny. myślę, że w końcu uda mi się zasnąć spokojnie.

nie udało się. potem nagle wchodzi coś ostrego, rozrywa kliszę na części pierwsze, targa obraz na malutkie kawałeczki, schładza to przyjemne ciepło. teraz jest ledwie wyczuwalne. nocami zmienia się w najbardziej dotkliwy, zimny & przeszywający wiatr, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. w dzień umiera. umiera z jakąś cząstką mnie. potem znów się rodzi. w ogromnych bólach. & gaśnie. tak cały czas. nie wiem, jak długo jeszcze, ale wmawiam sobie, że z dnia na dzień to będzie gasnąć, aż w końcu zostawi mnie w spokoju. nie wiem tylko, jak długo jeszcze wytrzymam.


przynajmniej jestem czysta. & będę.

tylko nie nazywaj mnie już nigdy doświadczoną, proszę. doświadczenie to po prostu ładniejsza nazwa porażki.


d.

skomentuj (1)

Powrotów nie będzie. 2011-09-10 19:47:24

listening to: madonna, secret


ho ho ho, ktoś tu się pisarsko odblokował.

ktoś bardzo życzliwy & widzący moją rzekomo świetlaną przyszłość powiedział mi kiedyś, że artysta wpada w system blokad. kiedy coś uciążliwie dręczy jego sumienie, są tylko dwie drogi: albo ze swojego balastu robi materiał na sztukę & w ten sposób daje mu upust, albo całkowicie blokuje się dopóki, dopóty ów powód zablokowania nie zostanie rozwiązany.

a ja przemyślałam, dojrzałam, ostatecznie w pewien pokrętny sposób rozwiązałam. żałuję, że tak późno, żałuję, że tyle potrzebnego czasu straciłam, żałuję, że proces dojrzewania okazał się długi & męczący. mimo wszystko jednak, jak to mawiają, nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło, a wyszlo jak najbardziej. dużo jeszcze pracy mnie czeka, duży nakład skrętnie ukrywanych emocji, jeszcze więcej łez. ale odzyskanie osoby, którą kocha sie najmocniej na świecie jest tego wszystkiego warte.

Promyczek mój odjechał na drugi koniec Europy. pokrętna ta moja natura, bo biorę na siebie dużą, ogromną wręcz winę za to, jak się wszystko potoczyło, za fakt, że nie zrobiłam z pewnymi sprawami wcześniej porządku & teraz Promyczek jest sama w obcym kraju, języku, świecie. bez porządnego oparcia w mężczyźnie, który okazał się kutasem najgorszej próby, imitacją mężczyzny wręcz. Promyczek zawsze daje sobie radę, w końcu przez ostatnie trzy lata nieustannie ją tego uczyłam, ale mimo wszystko nie potrafię wręcz nie obwiniać siebie za to, że w czasie, kiedy jej ułożony z iluzji świat rozpada się na tysiące kawałeczków, mnie nie ma przy niej. życie to suka. wielka, bezlitosna suka.

dużym problemem jest natomiast fakt, że całkowicie nie posiadam takiego luksusu, jak czas. nie wiem czasem, w co ręce włożyć. humaniści, których natura nie wyposażyła w wyobraźnię przestrzenną & matematyczna logikę, muszą spędzić zaskakująco dużo czasu nad tym, aby jakiś etap ich edukacji zakończył się w miarę przyzwoicie. ale wszystko idzie ku lepszemu, jak sądzę. na horyzoncie widzę ogromną nagrodę za wszelkie trudy życia codziennego & ciężką pracę, więc marudzenie byloby wręcz nieodpowiednie.

nie potrafię zmusić się tylko do pisania, choć codziennie przez głowę przemyka mi tysiąc genialnych myśli & pomysłów. może to jeszcze nie czas. potrzebuję weny. potrzebuję tu Jej. ale ona tez wyjechała, a naładowany czułymi słowami sms raz w tygodniu absolutnie nie zastępuje mi obcowania z Jej boskością. nie poszłam się pożegnać. chciałam, by ostatnim wspomnieniem pozostało wieszanie jej srebrnego słonika na szyi. nie byłabym w stanie popsuć tego.


ale Ona wróci. wszyscy wrócą. zawsze wracają. chociaż czasem nie mają do czego.

absolutnie niepesymistyczna, d.

skomentuj (1)

Gloria. 2011-06-10 14:33:31

listening to: adele, hometown glory


cóż za niesamowita ulga.
poskładałam. wszystko. dla pewności posklejałam, żeby się nie rozpadło. jest dobrze. bardzo dobrze. być może to spokój tylko chwilowy. być może Wszechświat znajdzie sposób, by rozpieprzyć tę pracochłonną układankę. tym razem jednak o to nie dbam. to nie była ta droga. nie ten wybór. chwilowe zamroczenie zapachem akacji, nic więcej.

zaskakująco dojrzała czuję się przez to wszystko. ostatecznie nie mam czego żałować. burdel w duszy nadal gra, ale to bardziej coś w postaci artystycznego ładu. jestem gotowa pójść kilka kroków naprzód. tak jak sobie obiecałam: to nie jest dobry rok. & nie będzie. to będzie rok rewolucji, zmian, wprowadzania nowego ładu. czy tam nieładu, whatever. liczy się tu & teraz. & dzieje się. to kocham. tak chcę żyć. ostatecznie nauczyłeś mnie wiele, sam zapewne nie wiedząc jak. dałeś mi muzykę. przelałeś część swojej duszy. doceniam to, niezależnie od konsekwencji. jestem stuprocentowo oswojona z faktem, że to nie Ty jesteś tym, który zatańczy ze mną w deszczu. na to wszystko jest jeszcze czas. całe dwadzieścia lat życia przede mną. moim zadaniem jest zrobienie wszystkiego, by tego czasu nie zmarnować & nie żałować.

z drugiej jednak strony jakaś podstępna cząstka mnie czuje, że to jeszcze nie koniec. że ta historia będzie mieć kiedyś swój kolejny rozdział. może nie teraz, nie za miesiąc, ani za rok. ale kontynuacja nastąpi.

tak czy siak, teraz to nie jest ważne. ważne, że jest dobrze. cholernie dobrze. & oby tak dalej.

d.

skomentuj (0)

Biurko. 2011-05-28 22:22:09

listening to: nine inch nails, demon seed


well, nareszcie uświadomiłam sobie, że jedynym sposobem na przetrwanie autodestrukcji jest pisanie.

być może to dziwnie zabrzmi, ale przez ostatnie pół godziny zawiesiłam się absolutnie na moim biurku. goddamn, jakiż na nim bałagan. prawdziwa historia miesiąca mojego życia zaklęta w kilkunastu przedmiotach leżących bezwiednie na blacie.


telefon, papierosy, różowa kokarda, którą odpięłam z sukienki w sklepie. czerwony lakier, okulary przeciwsłoneczne zasłaniające pół twarzy przed światem. bony rabatowe z perfumerii, nagroda za pierwsze miejsce w karaoke, kawałek kamienia, który wygląda jak ząb dinozaura. płyta Amy Winehouse, aparat, grosz na szczęście, kolczyki. & pamiątka pewnej nocy sprzed kilku tygodni, której już tysiące razy miałam się pozbyć, co, jak widać, rewelacyjnie mi wyszło.

nie wiem, co tym razem poszło nie tak. wiem tylko, że oswojenie się z faktem bycia tanią, emocjonalną kurwą nastąpiło zadziwiająco szybko. 2 dni? to ekspresowe tempo, nawet jak na mnie. zazwyczaj myślę szybko & działam szybko, ale tym razem sama przeszłam swoje oczekiwania. tak, jestem łatwą, emocjonalną kurwą, a co najdziwniejsze, nie dostrzegam w tym żadnego powodu do wstydu. po prostu to tylko skomplikiwało mi nieco życie.


nieco. well, właściwie kiedy myślę o moim 'poprzednim' życiu, to dopiero teraz uświadamiam sobie, jak łatwe, stabilne & schematyczne było. to obecne jest jak zdjęcie Drogi Mlecznej w dziesięciu tysiącach kawałków, które mam za zadanie poskładać. to trudne. zwłaszcza, kiedy raz na jakiś czas pojawiasz się & rozpieprzasz ten mały fragment, który z wielkim poświęceniem & trudem udało mi się złożyć.

cóż, chciałabym napisać więcej, ale właśnie znów stanął mi przed oczyma obraz totalnie naćpanej, brzydkiej dziewczyny mówiącej mi 'nie rób tego, nie jest wart'. chyba muszę wrócić do łóżka. chyba.



a na biurku zapewne posprzątam. nie dziś.

d.

skomentuj (0)

Postrach lasu. 2011-04-29 22:41:30

listening to: red hot chili peppers, don't forget me


cenię sobie komfort pisania w formie elektronicznej tylko & wyłącznie z uwagi na jedną zaletę:moje wyrzuty sumienia nieco topnieją, kiedy przynajmniej przez jeden wieczór nie muszę doprowadzić do całkowitego niemalże upadku lasów, które z każdym moim słowem powodują, że, parafrazując żywicą ich krwawię & tylko po to, aby te biedne lasy, tak umęczone & sprowadzone do formy kartek zwyczajnych, znalazły swoje miejsce w dogasającym piecu o czwartej nad ranem. brednie się cisną pod pióro, brednie bez ładu & składu, mętlik, chaos, bałagan, plus zapewne jeszcze kilka synonimów jednego, najdoskonalszego słowa - burdel.

być może prawdą jest niegdyś zasłyszana teoria mówiąca o tym, że po śmierci wszystkie żywe & martwe stworzenia, które z uwagi na niższość gatunkową nie mogły krzyczeć, gdy za życia robiłeś im krzywdę, wrócą po Twojej śmierci & zadadzą Ci ból tak przeogromny, jaki Ty zadawałeś im będąc człowiekiem, czyli siłą niszczącą wszystko, co na swej drodze napotka. każda mrówka zdeptana przez Twój krok, każde drzewo, które obdzierałeś ze skóry, każda mucha, którą zabijałeś, bo Ci przeszkadzała & psuła doznania estetyczne. to wszystko Cię dopadnie & spuści Ci wpierdol ostateczny.


jeżeli to się okaże prawdą, to mam poważne kłopoty.

ostatecznie jednak (zauważyłam ostateczną tendencję do nadużywania słowa 'ostatecznie' w swojej osobie), na chwilę obecną fakt ten mnie wcale a wcale nie przeraża. choć fizycznie jestem w stanie całkowitego rozpadu, psychicznie fruwam sobie w obłokach. nie, nie znowu. odkrywam siebie. na nowo. & inaczej. to jest & będzie naprawdę dobry rok.

tymczasem dzisiejszej nocy zapewne pokatuję zubożałe lasy jeszcze troszkę. oczyma wyobraźni widzę, jak dwa olbrzymie buki przychodzą do mnie, przybijając mnie do pala za te wszystkie potargane noce. prawie jak Jezuska. cóż, śmierć będzie wspaniałą przygodą. niewątpliwie.

d.


PS. czy jeżeli te zapiski zacznę oddawać na makulaturę, to drzewa mogą być trochę mniej wkurwione ?

skomentuj (0)

Zakrzywienie + zmiany. 2011-04-25 19:08:41

listening to: florence + the machine, heavy in your arms


wprowadziłam pewne zmiany designowe w związku z wiosną. płytkie? NIEPRAWDAŻ?! zaiste. ale stwierdziłam, że jasność jest bardziej przejrzysta, aniżeli ta smolista czerń, z której notabene już się dawno wyleczyłam.

czas przejść do nieistniejącego meritum. meritum-widmo. dobrze mi w moim nieszczęściu. szczęściu. czymś pomiędzy. brzmi dziwnie? przypomnę tylko, że niegdysiejsza nazwa bloga brzmiała 'sadystycznych kontrastów sztuka'. & ta fraza idealnie obrazuje stan rzeczy na dzień dzisiejszy. okres lewitowania zakończony, o dziwo nie bolesnym upadkiem na czteroliterówkę, ale takim raczej soft wstrząsem. nic się w tej kwestii nie zmieniło. tym razem jednak przygotowałam sobie poduszkę powietrzną.

& jest dobrze. nawet nudzenie się we własnym towarzystwie uważam za rzecz absolutnie przyjemną. w dodatku ten 'znak z nieba', jak to patetycznie ktoś ujął. to urocze, że przypadki lubią mnie spotykać na swojej drodze. ostatnio coraz przyjemniejsze. poza tym ciągle bawi mnie głupota ludzka. już nie smuci. bawi. czasem w dość sceptyczny sposób, ale ciągle bawi.

a wena? jak nie było, tak nie ma. stos niedokończonych zapisek czeka gdzieś na dnie szuflady. energia jest, ale nie ma żadnej zorganizowanej myśli, żeby to wszystko ładnie ubrać. z drugiej strony jednak twierdzę, że być może to jakiś sygnał, że jeszcze nie nadszedł czas na realizowanie się pisarsko. choć znając swoją pokrętną logikę, to pewnie tylko jakieś słabe wytłumaczenie lenistwa. ale niech będzie, że przynajmniej brzmi ciekawie.


koniec końców, kto się blondynką urodził, ten Einsteinem nie zdechnie. amen.


d.

skomentuj (0)

Nie pytaj. 2011-04-12 13:28:17

listening to: robin thicke, make u love me


och, cóż za adekwatny tytuł!
cóż za piękny dzień! piękny deszcz! przyjemny chłód! piękny kwiecień!

mówcie, co chcecie. nic mnie nie ruszy. nic nie jest w stanie popsuć mojego lewitowania kilka metrów nad podłogą, nawet zbliżające się wyrwanie zęba. nic nie sprawi, że będzie gorzej. no, chyba że jakaś atomówka pierdyknie w okolicę. ale nawet wtedy dam sobie radę. w końcu wojnę przeżyją Ruscy, karaluchy & ja.

przez ostatnie lata prób rozliczania się z przeszłością trudno było zrozumieć mi jedną, tak bardzo prostą, wręcz prostacką rzecz. wcale nie trzeba bawić się w księgową & prowadzić zawiłych rachunków. wystarczy ugruntować & ukierunkować swoje myślenie. naprowadzić je na własne tory. & wtedy wszystko nagle staje się prostsze. zdziwieniem & dumą napawa mnie fakt, że moja lista aktualnych celów życiowych spisana niespełna dwa tygodnie temu zaczyna się tak pięknie spełniać.

może to wina wiosny, może tego, że mentalnie nie czuję się czterdziestką, ale aktualnie piętnastką. a może Księżyc & Słońce poustawiały się w jakiejs dziwnej pozycji. nie interesuje mnie to. ja żyję. oddycham pachnącym powietrzem. zasypiam z uśmiechem, budzę się z uśmiechem. nic nie biorę. nie piję. ćpam szczęście. & nie pójdę na odwyk. bo nie.

d.

skomentuj (0)

Trochę z życia. 2011-04-08 16:45:02

listening to: massive attack, risingson


nie umiem się ostatnio oderwać od tej płyty.

z całym szacunkiem dla czytających, ale przy stacjonarnym komputerze nie miałam Internetu, a na laptopie jakoś gorzej idzie mi myślenie. stąd też ta cisza. w dodatku bardzo dużo się działo. jak zwykle zresztą. przeprowadzka, mały upadek na zdrowiu, rozterka, kolejna rozterka, ciach. nie będę obiecywać regularnego postowania, bo w tym akurat przypadku obietnice często się nie pokrywają, zresztą, nic, co regularne, nie jest stworzone dla mnie. właściwie wszystko w życiu mam nieregularne: sny, nastroje, okres, związki, tempo.

ale mogę się chyba nazwać szczęściarą. na chwilę obecną zapewne. rozważając wszelkie za & przeciw dochodzę do wniosku, że dobrze jest być człowiekiem ograbionym z naiwności, uczucia przywiązania do ludzi & zaufania. tak, teraz już wiem, co mówię. nie przewiduję. nie tworzę taśmy nieskończonych marzeń. nie myślę, co będzie, gdy się skończy & przede wszystkim, gdy się już skończy, mniej boli.

udało mi się w pewnym wymiarze nawiązać to misterne & delikatne połączenie pomiędzy rozsądkiem, a emocjami. & tu wkrada się pewna nieregularność (alleluja!), ale znacznie łatwiej jest panować nad wszystkim wiedząc, że mocniej & pewniej stoi się na gruncie, niż kiedyś.

a ludzie? przychodzą, odchodzą. niektórzy zostają, ale & tak odchodzą. wieczność zaklęta jest tylko w dźwiękach, wszystko poza tym jest nietrwałe & kruche.

z Tobą też tak będzie. kiedy uświadomisz już sobie, że Twoje miejsce jest przy mnie, ja zdam sobie sprawę, że moje jest jak najdalej od Ciebie. ale to nieważne. dziś jestem szczęściarą. jutro mnie nie obchodzi wcale a wcale.


dekadentyzm? nie do końca. przecież istnieją jeszcze jakieś wartości. gdzieś na pewno.

d.

skomentuj (0)

Rachunek. 2011-02-21 20:11:21

listening to: katy perry, firework


zanurzyłam się w tej trywialnej piosence po czubek głowy. prywitywne przyjemności to w dalszym ciągu przyjemności.

stwierdziłam, że napiszę, bo w końcu się z czymś uporałam. z konsekwencjami przeszłości mianowicie. z jednej strony przeraża mnie, że trwało to aż tyle, ale ... chrzanić to, było, minęło, a następnym razem na pewno będzie lepiej. chociaż, jakim następnym razem? następnego razu już nie będzie, to raczej jedyny pewnik.

przyszło mi także do głowy, że jesteś nieszczęśliwy. ba, właściwie wiem, że jesteś nieszczęśliwy, tylko duma nie pozwala Ci powiedzieć o tym światu. dusisz się w sosie własnym, przyprawionym resztką ambicji & jakąś chorą imaginacja samego siebie w lepszym świecie. zupełnie jak ja. mimo wszystko w procesie mojego rozliczania się z przeszłością doszłam do wniosku, że już nie mam zamiaru za nic Ciebie winić. Ty zrobiłeś tylko kilka, trudnogojących się ran, resztę dośpiewałam sama, za własną naiwność, za poświęcenie, za wszystko.

myślę, że jesteś nieszczęśliwy & nie mogę Ci pomóc, chociaż Cię kocham. chociaż w tym wypadku 'kocham' to chyba tylko cień tego słowa. nie znajduję w sobie zdolności do kochania, te słowa przechodzą mi przez gardło machinalnie, określając jedynie ogromne przywiązanie do adresata. a może miłość to przywiązanie? nie, nie sądzę. przywiązanie jest ściśle połączone z rutyną, obawą o samotność, miłość zaś to chyba coś nieporównanie większego, trwalszego. podkreślam: chyba, nie jestem bowiem ekspertem od tego uczucia. właściwie to nie wiem jak to jest. znam to w teorii, tak jakby wiedzieć w teorii, jak smakuje czekolada, widzieć ją na zdjęciach & wyrobić sobie wstępne pojęcie, jakie uczucie towarzyszy jej spożywaniu, ale jednak samemu nigdy jej nie spróbować, tudzież spróbować tak dawno, że już nie pamięta się tego smaku. tak, chyba właśnie w ten sposób mogę nakreślić swoje pojęcie o kochaniu.

tak więc, zrobiłam to. & chociaż jestem z siebie dumna, jakoś nie odnajduję w tym szczególnej radości.

d.

skomentuj (0)

Vendetta. 2011-01-22 21:18:16

listening to: silence.

faktycznie, jakoś ominął mnie fakt zawitania nowego roku, a co za tym idzie, jakieś noworoczne otwarcie nie miało tu miejsca. bez zbędnych ceregieli, z okazji urodzin także niczego nie umieściłam... bo po cóż?

moje myśli krążą ostatnio wokół jednej tylko frazy. fraza, spędzająca mi sen z powiek & niepozwalająca skupić się na czymkolwiek innym. nie potrafię nawet zebrać się w sobie, żeby napisać jakąś idiotyczną pracę z polskiego, a co dopiero nad opracowywaniem ścinających kolana przemówień.

stałam się namiastką samej siebie. przez tę frazę najpewniej.

ale to tylko stan przejściowy. doskonale o tym wiem. jedyne, czego mi brakuje, to odwagi & zdrowego rozsądku, żeby z klasą zakończyć pewną nurtującą mnie sprawę & rozpocząć kolejną, która będzie spełnieniem samej siebie. brzmi dziwacznie. tajemniczo. może nawet lekko schizowo, ale wsystko, jak zawsze, pod kontrolą.

dostrzegłam w końcu źródło wszelkich problemów, które przydarzyły się na przestrzeni ostatnich miesięcy, dostrzegłam powód, dla którego ktoś, kogo bardzo kochałam, odszedł z mojego życia. to właśnie zmusza mnie do misternie zaplanowanej zemsty, jakiekolwiek skutki miałaby ona przynieść. to właśnie ta fraza. potem będzie już tylko lepiej, już tylko naprzód. póki co, to właśnie mnie blokuje w artystycznym & ludzkim rozwoju, to właśnie ciągle staje mi na drodze & czeka na wzięcie sprawy w swoje ręce.

poza tym? jak zawsze. uciekam.

z głębokim niepoważaniem
d

skomentuj (1)

POWER 2010-12-08 18:57:44

listening to: kanye west, power


nic, a nic, uwierzcie, w ciągu mojej dwudniowej przerwy w życiu (bo mamrotanie pod wpływem mega painkillerów, nieświadomie zwlekanie się spod koca na fajka & oglądanie modzi na sukces chyba pasjonującym życiem nazwać nie można) nie umiliło (hah) & nie pomogło jak nowy album KanYe, czy jak tam wolę, Gaysfisha. słowem wstępu rzeknę, że to być może najlepszy album roku 2010, dźwięki stuprocentowe, przemyślane & głębokie, kompozycja jest całkowitym przeciwieństwem ostatniego krążka Ye, który był tak straszny, że do dziś się boję, że ktoś kiedyś mnie porwie & w ciemnym pokoju będzie katował tymi nutami. poważnie.

tym razem jest zupełnie inaczej, GAYFISH GIVES POWER & jaram się, że w końcu mam się czym jarać. przejdźmy jednak do meritum, czyli jak to zwykle bywa, paplaniny najzwyczajniej w świecie dziwacznej & pozbawionej sensu, aczkolwiek mającej działanie mocno terapeutyczne dla autorki, która swoją niewydolność słowną zwala ostatnio na depresyjnogenną pogodę & czekoladowy odwyk.

o Chrystusie świebodziński! z nielada poświęceniem przychodzi mi ostatnio zmuszanie się do pozytywnych & dobrych myśli, ale dokonuję tego z uśmiechem na twarzy, wierząc, że wszystko, co dostałam od losu, jest nie tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności, ale mojej własnej psychiki, nastawienia, wrodzonej przekorności & uporu. od niedawna, mili Państwo, rzeczy niemożliwe dla mnie nie istnieją, wymazuję je wszystkie z podręcznego słownika, wyrywam strony z napisem 'nie dasz rady', rozgniatam kruche tabliczki z wyrytym 'to nie dla ciebie'. nie ma, powtarzam, nie ma takiej opcji.

uprzedzam: nie porwało mnie ufo, nie zaczęłam wierzyć w Boga, nie jestem na kwasie & nie rąbnęłam się w głowie. to, co zaczęłam robić to bilans ostatecznych porażek & sukcesów, określenie własnej świadomości, stanu psychicznego, a także coś, co ma doprowadzić mnie do pełni szczęścia & spełnienia w ciągu kilku najbliższych lat.  z uśmiechem na twarzy podejmuję walkę z tym, co siedzi we mnie najgłębiej & cieszę się, że własnie w ten sposób udało mi się to zakomunikować. życzyć powodzenia & trzymać kciuki!

d.

skomentuj (3)

Ale, ale. 2010-11-24 21:23:51

listening to: plan b, love goes down



pierwszy śnieg. już mi niedobrze & zimno. zapewne gdyby nie obowiązki, zabiłabym deskami drzwi & zabarykadowała się we własnym domu, tak do końca lutego mniej więcej. może ktoś chciałby mi postawić bilet do Playa Blanca, w jedną stronę oczywiście?

coraz częściej zdarza mi się mimowolnie robić w głowie bilans strat & zysków mijającego roku. wiele się zmieniło, bardzo wiele. jeszcze więcej się zmienia. znów kopnęło mocno. kilka razy. porządnie. tak w swoistym, starym stylu. ale ostatecznie dochodzę do wniosku, że to dobrze. z perspektywy czasu inaczej oceniam te straty & porażki, które w tamtych chwilach sprawiały ogromny ból. dzięki temu mogę przynajmniej wyklarować w sobie jako-taką dojrzałość emocjonalną (coś czuję, że za parę lat przy ewentualnej lekturze tego tekstu zaśmieję się głośno) & precyzyjniej określać swoją misję na tym świecie.

jeden mam sukces, największy osobisty sukces tego roku. nie zakochałam się, ani nie związałam z żadnym prostackim baranem. ani nawet nie z baranem. choć parę razy było blisko, nie tak blisko przekroczenia 'magicznej' granicy, ale blisko jakiejs głębszej emocjonalnej więzi, która zapewne przez kolejne kilka miesięcy odbijałaby się ciężką czkawką na całym układzie nerwowym. tak się na szczęście nie stało, z czym jest mi nadzwyczaj dobrze & mam nadzieję podobny stan utrzymać przez najbliższe miesiące (lata?!). jest to coś, z czego w pewnym sensie jestem dumna, bo w końcu udało mi się przełamać chore & nielogiczne bariery, które przez całe moje życie były sporym ograniczeniem. bariery wychowania, naiwność w kontaktach międzyludzkich, skrupuły. zapewne wiąże się to z jednoznacznym wypędzeniem wszelkiej ciemnoty religijnej z mojego umysłu, pogłębieniem swojej wiedzy, a także puszczenie na margines wszelkich uwag osób trzecich, co niewątpliwie wiązało się z (chyba opisywanym już tu, notabene) schematem 'kreska, kreska, kropka'.

tak więc ewolucja nie zatrzymuje się ani na chwilę. jest jedno malutkie 'ale'. dopóki zostanie małym, dopóty spokój mieć będę. jestem w stanie opracowywania planu, jak nie dopuścić, żeby to ale urosło. to dość trudne, logistyczne przedsięwzięcie. wymaga zapewne zdjęcia różowych okularów z nosa, które ktoś ciągle mi zakłada, a nie do końca zdaję sobie sprawę, czy moja próżna, ludzka natura nie chce jeszcze trochę poudawać, że to wszystko tak naprawdę nie wygląda tak, jak powinno. no, zagmatwałam. ale taka się ostatnio pogmatwana zrobiłam.

szanowni Państwo, proszę, nie rozpętujcie jeszcze trzeciej wojny światowej, w razie, gdyby taka ewentualność wpadła Wam do główek. ja tu zaczynam żyć na poważnie & bardzo poważnie pragnę, aby chociaż teraz mi się to udało.

jak zwykle poważna & rozważna,
d.

skomentuj (2)

Cegła & pomidor. 2010-11-13 23:03:27

listening to: maxwell, help somebody


mam niespełna dziewiętnaście lat.
w swoim środowisku posiadam całkiem nieźle ugruntowaną pozycję.
potrafię dobrze gadać, mam wysokie iq & nienajgorszą paszczę.
obok siebie mam kilku/nastu wspaniałych ludzi, którzy pomogą mi zawsze & wszędzie.
raczej nie spotykam się z obojętnością.
mam fajnego ojca & fajną matkę. nie razem, ale osobno, pewnie właśnie dlatego są fajni.
moja bujna wyobraźnia potrafi czasem rozśmieszyć do łez.
mam kilka talentów średniej jakości & spory potencjał.
dobrze się uczę.
raczej rozwiązuję problemy, niż je sprawiam.
jeżeli bardzo czegoś chcę, zdobywam na to pieniądze.
potrafię sprawić, że obcy człowiek z ulicy traktuje mnie jak swojego najlepszego przyjaciela & opowiada mi o swoich sekretach.


ale czegoś ciągle brakuje. cała ta kolorowanka opisująca moje życie & karierę uboga jest w jakąś ciepłą, pozytywną barwę. ostatnio nawet złapałam Kredkę. była piękna, pachnąca, cudownie miękka & delikatnie malowała subtelnym urokiem.

chciałabym włączyć Ją do swojego piórnika & cieszyć się z posiadania & używania takiego Cudu. chciałabym przełamać swoje ostatnie słabości & stać się nie swoją przeszłością, nie osiągnięciami, nie pracą, ale spójną, harmonijną całością z tą piękną, ciepłą poświatą. chciałabym poczuć, że to wszystko prawda & cofnęłam się do poziomu szaleńczo zakochanej gówniary, którą tak dawno nie byłam. nawet gdyby miało skończyć się źle, to ostatecznie najgorsze już było.

nie wiem, o co chodzi z tym tytułem. mam w głowie tani burdel, do którego każdy może wejść & trzasnąć drzwiami.

to takie gorzkie & przyjemne.

digger.

skomentuj (5)

Nic, a zarazem coś. 2010-10-31 22:09:18

listening to: n*e*r*d, life as a fish


tak jest, tytuł to jednocześnie aluzja do wyżej wklejonego wydawnictwa.

mojej kulawej uwadze nie umknęły ostatnio komentarze (!) czytelników (!). jako iż staram się być rzetelna w tym, co zazwyczaj robę (tak, fraza 'staram' jest tu chyba najodpowiedniejsza), postanawiam pokrótce odpowiedzieć.

a więc, Osobo Pierwsza, jakkolwiek Cię zwą (nie wypada mi mówić Gówniaro, to takie niestosowne & brudne): jest mi niezmiernie miło, & mówię to szczerze z głębi swojego cynicznego serca. jednakże wytłumaczyć muszę, że moja absencja nie jest spowodowana brakiem chęci do prowadzenia bloga, ba, nie jest nawet spowodowana jakimś wielkim ograniczeniem czasowym, bo czasu ostatnio udało mi się troszkę zagospodarować. w czym więc problem? już spieszę z tłumaczeniem.

słowa. tylko słowa. aż słowa. żaden problem, żeby bezmyślnie ułożyć je w potok pustaków. żaden problem zreferować koleżance miniony dzień. problem pojawia się, gdy pojawia się również odbiorca wymagający, chociażby jeden, ale wymagający. wobec takowego odbiorcy mam pewne zobowiązania & nie mogę po prostu rzucić tu zwyczajnego monologu nie zawierającego jakiejkolwiek głębszej treści, podejrzewam, że czułabym się z tym źle. ten 'artystyczny pierd' (tak, możecie liczyć, ile razy użyłam już tego słowa) jest dla mnie pewnego rodzaju azylem, miejscem, w którym ktoś, kto myśli, że wie o mnie wiele, często staje się zaskoczeniem, czasem miłym, czasem niebardzo. dość poważnie traktuję to, co robię, wkładam w prowadzenie bloga sporo refleksji, którymi na codzień nie dzieliłabym się z każdym.

do meritum jednak...

takie refleksje nie są codzienne, często po prostu umykają, zanim zostaną przelane na klawisze klawiatury. czasem siadam tu wiedząc, co chcę przekazać, lecz jakiś wewnętrzny pustostan wygrywa, wobec czego jestem zmuszona do odejścia w ramiona literatury, twórców, którym wychodzi lepiej niż mnie samej. nie chcę, żeby to, co piszę było trywialne, choć zdaję sobie sprawę, że przez wielu ludzi tak właśnie może być postrzegane. staram się, by pisanie tutaj było swego rodzaju rytuałem dla mnie & mojej duszy, a nie tylko zwykłym przyzwyczajeniem.

kiedy czytuję czasem to, co przeczytałam (masochizm!), przypomina mi się wiele momentów ze swojego dość dziwnego & pokręconego życia. każdy wpis zazwyczaj powodowany był jakimś ważnym wydarzeniem, czymś, co dla świata było zupełnie nieistotną chwilą, a dla mnie milowym krokiem naprzód. chcę, żeby tak zostało, chcę, by w razie powrotu do tego za lat kilka nie naszła mnie myśl 'byłaś jak pierwsza lepsza blogerka w sieci', ale bym uświadomiła sobie, że to co się działo, dzieje tutaj, było & jest jakimś rodzajem autoterapii. staram się być tylko wirtuozem słowa. jak te starania będą owocne, pokaże mi zapewnie czas.

co do drugiej osoby zaś, rzeknę krótko: jako kobieta, jestem gejem stuprocentowym,  jako człowiek, nic co ludzkie, nie jest mi obce.

tak czy siak, dziękuję za obie opinie. doceniam to, bardzo, tym bardziej, że nie jestem osobą z kategorii 'zostaw komcia', ale po prostu uważam, że dobrą miarą docenienia mojego pisania jest chociażby powiadomienie mnie o zapoznaniu się z treścią w jakikolwiek sposób.

no to chyba wątpliwości rozwiane, non? jeśli nie, to najmocniej przepraszam.

d.

skomentuj (9)

Nie po kolei. 2010-10-09 21:22:28

listening to: kings of leon, the end


oh, holy. chyba nie myślałaś, że będę tu pisać codziennie? dzienniki są dla frajerów. tygodniki dla bardziej leniwych frajerów. to jest pierdolnik. pierdolniki są dla tych (frajerów), co mają nagłą potrzebę wywnętrznienia (istnieje takie słowo w ogóle? mój filologiczny zmysł osłabł dziś) tego, co im na sercach leży.

patrzę na okładkę wyżej zapostowaną & choć treść płyty słuchanej znacznie odbiega od piękna tego widoku, to wzbudza we mnie absolutnie niezimową & niepolską refleksję, mianowicie: jak bardzo bym chciała opuścić ten kraj na te cholerne, zimne miesiące, wybyć gdzieś znów pod palemkę w Playa Blanca, popijać whiskey w najdoborowszym towarzystwie na świecie, słuchać niesamowitych historii o Kubie, Kubie niebezpiecznej & opuszczonej, ale pięknej & tętniącej życiem. a potem znów pobiegać po piasku, wpaść do oceanu mocząc całą sukienkę & zaśmiewając się przy tym głośno.

rozmarzyłam się. w tym momencie przypomniało mi się, że przez najbliższe kilka miesięcy o godzinie szóstej czterdzieści, wychodząc z domu, zaciskać będę zęby błagając samą siebie o przetrwanie w czymś, czego nienawidzę najbardziej - porannym zimnie, ciskając kurwami z niewyspania & przemarznięcia & wpędzając się w kolejną huśtawkę emocjonalną (na litość b, niemalże jak Werter - samopoczucie uzależnione od pogody).

tak, wiem, w łagrach mieli gorzej.

nie myślę o Tobie już w ogóle. wczoraj ktoś życzliwy zadał mi pytanie, czy lepiej mi bez Ciebie. myślałam nad tym przez kolejną noc bezsenną &  owszem, wyprałeś mnie z przywiązania do ludzi & całej mojej emocjonalności, wyrwałeś mi je z serca, które jednocześnie skurczyło się o kilka rozmiarów, wypełniłeś je cynizmem, nieufnością, pogardą, pogłębiłeś moją & tak głęboką mizantropię. ale tak, jestem Ci za to wdzięczna, bo jest mi z tym wszystkim dobrze, poukładałam sobie już wszystko & teraz powinnam Ci dziękować, dziękować za nauczkę, bolesną, co prawda, ale niezwykle skuteczną. wiem, że nigdy nie pokocham już tak czysto, szczerze & mocno, ale zbłąkany umysł zawsze znajdzie jakieś wytłumaczenie. więc wolę sobie tłumaczyć, że zrobiłeś to specjalnie dla mnie, żebym więcej już nigdy nie musiała tego znosić. dziękuję.

no. miał być kolejny wywód, ale jednak pomyślałam.

d.

skomentuj (3)

Skaza. 2010-08-27 00:06:40

listening to: pharrell, angel


doskonale zdaję sobie sprawę z tejże późnej pory, ale żadna inna nie wydawała mi się odpowiedniejsza. generalnie chciałam tu zamieścić relację z clmf 10', ale chyba jeszcze odpowiednia porcja weny & przetrawienia całości nie napłynęła jeszcze do moich neuronów, na razie przeżywam to wewnętrznie, zresztą nigdy podobne relacje nie były zamieszczane tu, więc nie widzę powodu, abym miała odstępywać od tej samoistnie nadanej sobie zasady. teoretycznie pracuję nad równoległym blogiem, być może nawet stroną, co do tematyki to pozostaje mi ją uściślić, ostatecznie zdjęcia, coś muzycznego, możliwe, że coś związanego z makijażem, ale zapewne coś innego & w inny takoż sposób mojego. zobaczymy jeszcze, jak wyjdzie sprawa w świetle napiętego dość harmonogramu wrześniowego, gdyż jak powszechnie wiadomo, a może & niewiadomo, czas świętego opierdalania się dobiega końca & trzeba będzie znów ruszyć pełną parą, do systemu 'pobudka o piątej, powrót o dwudziestej'. przyznaję nieśmiało, że troszeczkę mi tego brakuje.

wracając do wyjazdów, potwierdziły się moje obawy, że bez Mai nie powinnam ruszać się z domu, a przynajmniej nie przekraczać promienia dziesięciu kilometrów, bo skutki są bolesne.

przeraża mnie również ostatnimi czasy niemalże calkowite wypranie z uczuć & to bynajmniej nie ludzkich, takich prostych, jak na przykład bezwarunkowe ściśnięcie serca na widok płaczącego dziecka, tylko takich bardziej złożonych, oscylujących gdzieś pomiędzy dwojgiem (tudzież większą ilością, no właśnie) ludzi, uczuć jakichś takich, powiedzmy 'związkowych', choć nienawidzę tego określenia, emocji związanych z relacjami różnego rodzaju. ostatecznie nie rozumiem za bardzo, jak w ciągu, powiedzmy, roku, dwóch udało mi się przejść całkowicie ze skrajności w skrajność aż tak bezczelnie & wyraziście. z perspektywy czasu odczuwam, że był to proces  skomplikowany, zakładający po drodze wiele mocnych prób mających na celu sprawdzenie mojej psychicznej odporności na cały ten syf, który dookoła się dzieje & tenże proces, mechanizm, doprowadził mnie właśnie tu, w to miejsce, w tym stanie, wktórym czyny najbliższych dla mnie ludzi wymierzone w moją osobę otrzymują wartość zerową, bez żadnego uszczerbku dla zdrowia psychicznego & czegokolwiek w ogóle. nie, nie to, że życie stało mi się nagle obojętne, po prostu nic ze strony ludzkiej nie jest w stanie wywrzeć na mnie wrażenia ostatnio, mimo ze jeszcze jakiś czas temu poleciałabym w takiej sytuacji z płaczem & depresją w dobrze znane mi miękkie & pachnące ramię, wypłakać to wszystko & błagać o radę. ale teraz ramienia już nie ma, ja płaczę tylko ze wzruszenia, a powodów do rozżalenia coraz mniej.

no bo przecież powiedzmy sobie szczerze. jestem tylko skazą na twojej psychice, co, nie ukrywam, sprawia mi dziką satysfakcję, bo jestem jak twoje sumienie, które straciłeś już dawno temu & kłuję mocno za każdym razem, gdy chcesz zrobić coś moralnie nagannego. pytanie tylko, czy z tą skazą nauczysz się żyć, czy będziesz ją zaleczać tanimi prochami, a by po latach nastąpiło epickie pierdolnięcie & w końcu nie wytrzymasz. jestem paskudna. tak, wiem. sasasa.

zbyt późno, by dodawać coś jeszcze. d.

skomentuj (2)

Ktoś. 2010-08-05 21:48:11

listening to: jamiroquai, everyday


jest piąty sierpnia 2010 roku. słońce wstało o godzinie 5:02, a zaszło o 20:21. do końca roku pozostało 148 dni.

ktoś zapewne właśnie umarł, ktoś się też narodził.  ktoś być może tworzy teraz dzieło swojego życia, podczas, gdy ktoś inny po raz wtóry przekreśla nic nieznaczące zdania & targa kolejne strony.
gdzieś na świecie opieka społeczna odbiera patologicznej rodzinie płaczące dziecko, a gdzieś indziej szczęśliwi małżonkowie zaadoptowali właśnie niechcianą sierotę, w celu zapewnienia jej bezpieczeństwa & domu.
ktoś pewnie ratuje komuś innemu życie, a na drugim końcu, być może nawet tego samego miasta, inny człowiek niszczy inne życie, bijąc do utraty przytomności.
zapewne właśnie jakaś kobieta na świecie jest teraz brutalnie gwałcona & przeżywa najgorsze chwile, jakie tylko można sobie wyobrazić.
ktoś ucieka przed prześladowcami, będąc upokarzanym & zastraszanym, przez swoje poglądy, kolor skóry, tudzież orientację. ktos fruwa ponad niebiosami ze szczęścia, bo wygrał milion w loterii.
przed jakimś człowiekiem zapewne nieodwracalnie zamknęły się drzwi do kariery.
ktoś uświadamia sobie, że przegrał życie.
ktoś inny, że oto teraz właśnie odnalazł jego prawdziwy sens.


to niesamowite. tylu ludzi na świecie, tak niewielu prawdziwych.

jest piąty sierpnia 2010 roku. do końca roku pozostało 148 dni. ktoś właśnie zastanawia się, czy to wystarczająco dużo, by odbić się od dna po pierwszej jego połowie & wykreślić już ostatecznie & absolutnie ostatnie na liście. ten ktoś bardzo się boi. bardzo.

d.

skomentuj (0)

No. 2010-07-17 23:07:14

listening to: alicia keys, unthinkable


ja wróciłam. to wręcz niebywałe.
ciągle przekonana, że to piśmiennicze pióro już nie istnieje, zostało pogrzebane gdzieś, gdzieś głęboko pod ziemią zapewne, razem z moim poczuciem bezpieczeństwa & gdzieś z samym sercem zapewne. stała się jednak rzecz niebywała. udało mi się dokopać do skrzynki, w której ktoś te ukradzione mi skarby je trzymał, ale znalazłam w nim tylko owo pióro. reszta rozpłynęła się gdzieś, tudzież ktoś zwyczajnie ubiegł mnie, wiedząc, że kiedyś zapewne będę chciała odzyskać te dwie bezcenne rzeczy.

cóż, lepszy rydz niz nic, czy jakoś tak.

kiedy myślałam, że juz bezbłędnie udało mi się wszystko poukładać & doprowadzić do pionu, doszłam do wniosku, iż niewątpliwie inwestycja w dobre szkła nie byłaby głupią, bo gdzieś w tej całej trosce o kawałeczek muru, sypnęła się jego najważniejsza część.

na Boga..nie, nie na Boga, Bóg nie istnieje.

na cokolwiek więc. tak, na cokolwiek, czy musisz mi z każdym moim krokiem udowadniać, jak słaba jestem bez Ciebie, nawet jeśli nie mówisz nic? zatrzymuję się & wiem, że nie czerpiesz cichej satysfakcji z tej zupelnie niezamierzonej zemsty, ale wiesz, czujesz, myślisz dokładnie tak, jak myślę ja & zdajesz sobie sprawę, że potykam się o własne nogi, dodatkowo walcząc z całym tym syfem, który ktoś nieskończenie rzuca na moją drogę. jesteś zbyt dumny, by pokazać mi, że po prostu bez Ciebie jestem tylko ciałem, bez duszy, która uciekła w świat. a ja jestem zbyt fumna, żeby sie do tego przyznać. & za żadne skarby się nie przyznam, choć zapewne czytelnik ma nieodparte wrażenie, że właśnie to zrobiłam, ale zawsze zasłonić mogę się chustą metafory & udać, że to nie o mnie. o tak właśnie. to nie o mnie.  ja przecież doskonale daję sobie radę.

& się nie zgadzam się na żadne 'ale'.

nie wykluczam faktu, że znowu zapodziało się gdzieś pióro /czytaj: możliwe kolejne dwa miesiące przerwy/.

skomentuj (0)

Mieszanina. 2010-05-26 18:01:23

listening to: mary j. blige, each tear


czując ostre poranne powietrze gryzące w gardło, zamykając oczy, przenoszę się z powrotem tam, gdzie było najpiękniej, gdzie zalana słońcem trawa delikatnie falowała, pobudzana przez lekki wiatr, unoszący na sobie zapach radości, świeżości.

zabawa kontrastami to ciekawa rzecz
przeszywająca ironia sytuacji przeradzająca się w psychodeliczny & nieprawdopodobny wręcz zbieg okoliczności
gorzkie łzy tuszowane promiennym uśmiechem

wokół mnóstwo ludzi, a każdy z nich tak blisko, jednocześnie zaś tak daleko. rozmowa tylko po to, aby nie musieć milczeć, ale dlaczego człowiek tak bardzo milczenia się boi? czy nie z ciszy czerpie się najwięcej, z pojedynczych spojrzeń, gestów? po co dopuszczać do głosu słowa, kiedy emocje krzyczą tak wyraźnie & czekają tylko na interpretację? dlaczego komunikacja musi być koniecznie komunikacją werbalną, nachalną, głośną? czy nie możemy po prostu usiąść & pomilczeć razem?

może to naprawdę był płacz, może tylko gra świateł. ze swojej strony żadnej łzy nie żałuję, każda z nich pokazuje mi wartość życia, uczy odpowiedzialności.

chciałam powiedzieć więcej, dosadniej, ale pozwoliłam tej ciszy zawładnąć swoim światem niemalże całkowocie.



wypalam się pisarsko.

d.

skomentuj (0)

Obecnie. 2010-05-20 16:43:57

listening to: nosfell, mindala jinka


tak, zaniechałam twórczości blogowej na jakiś czas. powiem jednak szczerze, że był to czas (o zgrozo! to ponad dwa miesiące) absolutnie niezmarnowany, wręcz przeciwnie. nie pisałam, bo musiałam w spokoju przeżyć to, co się wydarzyło (a wydarzyło się sporo), ale ostatecznie byłam szczęśliwa. w środku serca bardzo, bardzo szczęśliwa. dziś wiem, że było to szczęście bardzo pozorne, ale nauczyłam się nieco lepiej panować nad emocjami & nie pozwalam sobie na uzewnętrznianie swojego bólu. wolę żyć świadomością, że ten ból niedługo zniknie.

takową nadzieję posiadam też teraz. nie wiem, czy przypadkiem nie chwalę dnia przed zachodem słońca, czy nie zapeszam, ale mam wrażenie, że jestem na drodze do pełnej stabilizacji. powoli przezwyciężam swoje lęki. daje mi to ogromną radość & traktuję to jako wielki sukces. oczyszczam się emocjonalnie & fizycznie. ani środki psychoaktywne, ani alkohol nie rządzą już mną & moimi zachowaniami, uczę się to w pełni robić sama, świadomie & sukcesywnie. tworzę. może to te drobne dla świata, ale ogromne dla mnie wygrane stały się powodem mojej wiary we własne możliwości. staram się odrzucać negatywne emocje. wyciszać się. nie narzucam sobie zabójczego tempa, staram się raczej rozplanować dzień  tak, żeby jak najwięcej z niego zaczerpnąć, dając też część siebie.

szkoda, że na ten blask wschodzącego słońca paść musiał jeden cień, ale decyzję już przemyślałam & podjęłam. po prostu przykro mi, że najpiękniejsza melodia mojego życia stała się dla mnie udręczeniem coraz większym & większym z dnia na dzień. wkradło się w nią tyle niedobrych nut, tyle fałszywych emocji, że słuchanie jej nie jest już miodem na serce, ale męką. z drugiej strony ciągle mam nadzieję...że może kiedyś, może kiedy oboje będziemy dorośli, w pełnym znaczeniu tego słowa.

digger

skomentuj (2)

Pudełko/duma 2010-03-09 19:14:22

listening to: faith evans, again


jestem istotą o określonych wymaganiach w stosunku do samej siebie & reszty społeczeństwa. żyję sobie zamknięta we własnym pudełeczku. coraz rzadziej mam ochotę z pudełeczka wychodzić do innych ludzi, a tymbardziej zapraszać kogoś do środka. kocham moje pudełeczko, bo w nim wszystko jest idealnie uporządkowane, pachnie czystością & wiosną. jest w nim wszystko, co niezbędne mi do egzystowania, złe emocje zostawiam za drzwiami, lub sprzątam je pod wycieraczkę.

coraz trudniej wyjść na zewnątrz, bo tam jest zimno & powietrze jest pełne bakterii, wirusów, tudzież innych drobnoustrojów, które ja jednak wolę nazywać świństwami. inni mają okazałe klatki, pięknie przystrojone, przestronne & hucznie ozdobione. ja mam swoje skromne pudełeczko & nie zamierzam udawać, że lubię w nim towarzystwo innych, kiedy nie lubię. pytań też nie lubię. propozycji imprez & generalnie 'najebania się' również. jestem zgryźliwym tetrykiem, który lubi towarzystwo książek, muzyki & papierosów, ale nieszczególnie ludzi. wybieram dwuosobową rozmowę przy herbacie, niż jakąkolwiek imprezę.

nie jest mi przykro. wymagam tylko szacunku do swojej osoby & pracy, żadnego sztucznego uwielbienia, żadnego poklepywania po ramieniu. takie gesty naprawdę nie są niezbędne dla mojego psychicznego funkcjonowania. znacznie lepsza jest krytyka osoby upoważnionej do takiej krytyki, w celu ewentualnego skorygowania błędów, niż wszelkie 'och, jak to fajnie zrobiłaś', 'ale ty masz łeb!' 'super!' ...

'jestem z ciebie dumna' ...

o zgrozo! naprawdę, podziwiam ludzi, którym takie narcystyczne słowa potrafią wyjść z ust tak pretensjonalnie, po prostu, nie wiesz o co tak naprawdę chodzi, ale rzucasz na to 'jestem z ciebie dumna'. taka rada, którą ktoś kiedyś komus udzielił: zanim zaczniesz udawać, że mówisz mądrze, zweryfikuj wszelkie frazy w słowniku.

tak więc z głębi serca radzę przejrzeć denifincję słownikową dumy
otóż Słownik Języka Polskiego określa dumę jako godność, poczucie godności, własnej wartości, chwałę, chlubę, pociechę.
pozwolę sobie w tym miejscu zacytować również słowa Nicólása Gómeza Dávili, który powiedział: uzasadniona duma idzie w parze z głęboką pokorą. tak. uzasadniona. plus pokora. osobiście nie byłabym w stanie powiedzieć komuś, że jestem z niego dumna, gdybym nie miała wkładu własnego w fakt, z którego jestem dumna. to zupełnie tak, jakby zbierać owacje za czyjeś zasługi.

ale jeżeli społeczeństwu to nie przeszkadza, to niech społeczeństwo brnie dalej. ja się poddaję, wracam do pudełeczka & jestem głucha na te deklaracje rozdętego ego.

d.

skomentuj (2)

Wild World 2010-02-16 18:45:48

listening to: coldplay, the scientist


rokowania perspektywiczne stanęły pod znakiem zapytania
odruchy toksykomaniczne względnie zaleczone, szkodliwe substancje wypłukane

organizm jako wspólnota silna & odporna, lecz narażona na działanie czynników zewnętrznych, tak destrukcyjnych w całej swej istocie
organizm jako siła napędzająca cały świat, złożony z jednostek, tych jednostek tworzących populację organizmów różnorakich, złożonych, ale jednak, mimo wszystko takich samych
organizm jako ja, jako ty & jako my, jako ona, on & ono. symbioza tworząca grupę poplątaną siecią wzajemnych reakcji & kontreakcji, powtarzająca się fraza POPULACJA & presja związana z jej utrzymaniem, rozwojem & doskonaleniem

zastanawiające jednak, czy to 'chwilowy' wirus atakujący organizm, czy raczej przewlekła dystymia o nierównym rytmie, okraszona chwilowymi przebłyskami weny, geniuszu, inicjatywy, ale jednak tylko przebłyskami. bądź co bądź niezależnie od rodzaju choroby napadającej organizm wżera się ona coraz głębiej & zmusza do podejmowania decyzji wbrew intelektowi, oslabiając wyraźnie zdolność do samokontroli.

kropka, kreska, kropka. post scriptum.

my, artyści, zawsze będziemy pierdolonymi rysami na pozornie doskonałym szkle ludzkości. & nikt nigdy nie zrozumie potrzeby autodestrukcji w celu gloryfikowania wartości wyższych, bo liczy się tylko tu & teraz, liczy się tylko szkło & polerowanie go do perfekcji. nikt nie chce oglądać ani słuchać człowieka innego, bo po co psuć wyidealizowany obraz ?

d.

skomentuj (1)

Teatrzyk. 2010-02-08 19:08:45

listening to: the roots, you got me


na początku był teatrzyk. stary, sypiący się, mały teatrzyk. scena była dziurawa, ze ścian sypał się tynk, a w powietrzu dało wyczuć się ogromne ilości wilgoci & nudy. kilku aktorów, z przyzwyczajenia, bez większych emocji odgrywało swoje marne role. zero akcji, zero emocji, zero niespodzianek.

następnie na scenę wszedł powiew świeżości. zwarta grupa, która odmieniła ten teatrzyk mentalnie & wizualnie & uczyniła z niego prawdziwy teatr. sztuka, pełna niesamowitych zwrotów akcji, przyciągała coraz to więcej widzów, wzbudzając niezwykłe emocje & zainteresowanie szerszego gremium. scena została rozbudowana, aby pomieścić wielowątkowość tej skomplikowanej sieci. teatr zyskał przestrzeń, atmosferę, zainwestowano nawet w rampy *.

było wszystko. krew, łzy. obłuda. zakłamanie. oszustwa mniejsze & większe. cierpienie. mnóstwo tych negatywnych emocji, o których przeciętny człowiek wolałby nawet nie słyszeć. to wszystko stało się dla aktorów trucizną przeżerającą kości & wnikającą głęboko w serca & umysły. otumanieni, nie wiedzieli już, kiedy grają, a kiedy żyją naprawdę. otumanienie udzieliło się co gorsza niektórym osobom z widowni, które świadomie tudzież nie również wkraczały na scenę, aby odegrać swoje niechlubne role & jeszcze bardziej skomplikować akcję, która do najprostszych & tak nie należała.

ktoś kreatywny nazwał sztukę roboczo Modą Na Sukces. niczym niekończący się taśmowiec, pełen napięć & uczuć pierwotnych. byli tacy, którzy chcieli odejść, lecz niestety, ale widmo teatru ciągnie się już na zawsze, to niczym sekta, która usidla & przywiązuje do desek. byli tacy, którym się udało, czasem przez szczęśliwy przypadek, czasem dzięki sile charakteru. niewiadomo, kto ciągnie za sznurki, czym jest siła sprawcza, która powoduje tak ogromne cierpienia w życiu aktorów & dlaczego sami aktorzy wzajemnie je sobie zadają. byli też tacy, co narzekali, ale ostatecznie pisali scenariusze najgorsze, najczarniejsze & brawurowo odgrywali swoje role, popadając tym samym w nieubłaganą hipokryzję. sztuka zaczęła męczyć coraz bardziej, sprawiać coraz więcej bólu, wpędzać poszczególne jednostki w poważne kryzyse osobowościowe, depresje, utratę wiary w ludzkość.

było kilka sytuacji, w których wydawało się, że już za chwilę scena się zapadnie, ściany się posypią & z teatru pozostanie tylko niechlubne wspomnienie. zawsze jednak siła sprawcza nakręcała akcję jeszcze raz & jeszcze raz, na nowo & ciągle od początku.

metafora ta jest dosyć dosadna. w dniu 05.02.2010 zaczęłam ostatkiem sił budować własną scenę, gdzie odegram swój prywatny show, nie bacząc na frekwencję na widowni, tylko reżyserując swoje życie, tak, jak dyktuje to mój osobisty rytm. w zgodzie ze swoim sumieniem, powołaniem, celem życiowym. moja sztuka może być nudna & prosta, ale nie będzie w niej miejsca na fałsz & obłudę. show must go on. tym razem po mojemu.

miejsce na kropkę & chwilę westchnienia. sometimes relationships get ill.

* rampa - rząd świateł w teatrze na pięć liter (przy okazji pozdrawiając Adama)

d.

skomentuj (1)

Perspektywa tudzież jej brak. 2010-01-29 20:40:26

listening to: madonna, vogue



na początek postaram się godnie zmotywować zaistniałe tu zmiany.
a więc poszukując inspiracji & uświadamiając sobie rzeczy już zaistniałe w tej materii, zdałam sobie sprawę, że ten marny artystyczny pierd w postaci bloga wymaga patronki.
patronka to jedna z nielicznych (kobiet oczywiście, bo mężczyzn troszkę na tym polu by się znalazło), ale zarazem & dla mego sodomskiego systemu wartości najdoskonalsza, jako iż ...

nie, nie będę się tłumaczyć, dlaczego kocham tę kobietę. po prostu ją kocham & już. akceptujesz, tudzież nie. jeśli nie, to mi przykro.


chociaż nie, wcale mi przykro nie jest. abstrahując jednak...

siedząc ostatnio w całkiem przyjemnym miejscu z bardzo przyjemnymi ludźmi zastanawialiśmy nad własną przyszłością, celami, marzeniami, perspektywami.

scenariuszy jest kilka.

mogę przybrać drogę nihilizmu absolutnego & kierować się wartościami wanitatywnymi, prowadząc swą marną egzystencję do góra trzydziestego dziewiątego roku życia, po czym sięgnąć po środki zatrzymujące funkcje życiowe & rzeknąć: merci, pardon, au revoir. tak. tak, zaiste może być. w końcu vanitas vanitatum et omnia vatinas, non ?

jest poza tym opcja biernego filozofowania, pisania czegoś czasem, dla pozbycia się nadmiaru myśli cisnących mózg, dorzucając jakieś studia, może politologia, tudzież filologia polska. a wszystko po to, żeby potem wylądować w sejmie, szkole, czy jakiejś innej zapchlonej instytucji & naiwnie wierzyć, że się zmienia życie ludzi. co do zakończenia, patrz punkt pierwszy.

swój upragniony scenariusz niestety musiałam porzucić na wstępie, choć ciągle nad tym ubolewam & nie mogę pozbyć się wrażenia, że to wszystko przez jakąś moją wewnętrzną blokadę & odgórne skazywanie się na porażkę. choć do teraz trzymam się wersji, że jeżeli na mojej życiowej drodze stanie jazzujący mily pan & powie spiewaj w moim zespole od zaraz, to rzucę wszystko, co mam & po prostu to zrobię. z naturą nie wygram, zresztą...nie chcę.

doprawdy, nie wiem, po co się nad tym zastanawiam. w końcu & tak los zrobi ze mną, co zechce. chyba przyda się spacer. może spotkam na swojej drodze jakiegoś jazzującego mężczyznę.

d.

skomentuj (4)

Łąka. 2010-01-22 16:38:32

listening to: pj harvey, this is love


tak. oczywistym jest, iż sto procent to doskonałość absolutna, meritum & apogeum zarazem. ale kiedy sto procent jest tymczasowo, a może & (niestety) permanentnie nieosiągalne & stracone przez własny błąd, cieszy nawet te kilka procent ze stanu doskonałości. na tym polega urok tego stanu & piękno wynikające z doceniania tego, co jest, a nie co tylko mogłoby być dane.

zupełnie jakby w prezencie dostać mały bukiet polnych kwiatów. zaiste, nie jest to łąka, o której się marzyło, łąka, gdzie nieprzyzwoita czerwień maków miesza się z niebiańskością chabrów, gdzie pojedyncze, dziko rosnące kłosy pszenicy tonują te kontrasty, dodając swoim wypłowiałym, przepalonym słońcem kolorem nieco powagi do istnego wulkanu.

ta łąka to odzwierciedlenie eksplodujących emocji, tam sakralność & czystość zostaje tak pięknie zmieszana z pozornie profanującymi ją pragnieniami. całość faluje delikatnie, acz stanowczo, chłonąc letni deszcz & słońce, muskające każdy listek, każdy płatek, każdą łodygę & każdy kłos w sposób zaiście czysto nieprzyzwoity.

patrzenie na tę łąkę odrywa od rzeczywistości & pogrąża w świecie wyimaginowanym, podczas kiedy tu, w miejscu, w którym mróz przenika wgłąb kości, trzymam w rękach bukiet przypominający mi o tych kilku procentach z doskonałości. uświadamia, jak ulotne są chwile, jak szybko więdną w dłoniach maki, a chabry tracą swój blask.

marzenie o łące prowadzi zapewne do nieuchronnej samodestrukcji, ale co słaby człowiek zrobić może, kiedy dostaje czasem ten bukiet & myśli sobie, że kiedyś wejdzie & w posiadanie łąki, że zatopi się w jej cieple & stanie się jednością z naturą, wszystkie kwiaty na własność, całe to piękno, cała ta nieprzejednana ulotność?

na jeden krótki moment przedawkowałam endorfiny.

d.

skomentuj (4)

Brak pomysłu na tytuł. 2010-01-09 19:51:56

listening to: en vogue, don't let go


ale ostatecznie brak pomysłu zawsze jest jakimś pomysłem.

dawno mnie tu nie było, non? owszem. & to bynajmniej nie bylo spowodowane brakiem weny tudzież chęci do postowania swoich niemalże doodbytniczych refleksji życiowych. powodem był raczej chroniczny brak czasu. wait. brak czasu? w święta? no a jednak. jakoś tak się stało, że melina przy Struga na te parę świątecznych dni stała się pełną meliną (parafraza Pełnej Chaty, dla tych nieco mniej rozgarniętych czytelników), wszystko leciało, jak w bicza strzelił, teraz mamy rok kolejny, 2o1o, tak!

niektórzy myślą, że w grudniu 2o12 wszystkich nas rozkurwi, tudzież wykurwi w kosmos.

sceptycznie podchodzę do rewelacji w stylu Bóg, koniec świata, Armegedon, zresztą wiecie. wiadomo, że coś nas w końcu sprzątnie z tej planety, ale to raczej będziemy my sami, bo nieuchronnie dążymy do samodestrukcji, a takie gadki o palcu bożym, który grozi nam, mówiąc 'zginiecie, niewierni', czy tam kalendarz Majów, który dziwnym trafem kończy się w grudniu za dwa lata, to calkiem zabawna sprawa. wierzyć można lub & nie, ale jak to mawiał poseł Kurski: 'ciemny lud to kupi'.

tak, poseł Kurski jest imbecylem, ale tym jednym zdaniem zawarł całą istotę dzisiejszego społeczeństwa. & poniekąd miał rację.

*

muszę przyznać, że z innym nastawieniem weszłam w Nowy Rok. niby nic, bo tylko data się zmienia, ale jednak coś. zawsze można dać sobie jeszcze jedną szansę.

a potem kolejną.

& jeszcze jedną. whatever. pewnych ludzi się odzyskuje, innych się traci. być może nawet więcej się traci, aniżeli odzyskuje. ale bilans nie wychodzi na minusie. bo te odzyskane osoby niejednokrotnie swoją wartością przewyższają stracone. grunt to znaleźć złoty środek we wszystkim, ja przynajmniej w jednym aspekcie go znalazłam & jestem z tego faktu bardzo zadowolona. a tych utraconych nie żałuję. widocznie nie byli dla mnie na tyle ważni, abym teraz miała wyrzuty, tudzież uczucie tęsknoty.

po prostu chciałabym tylko, żeby w tym roku trochę mocniej zaświeciło słońce, ogrzewając serca & poddając wyparowaniu wszystkie troski. w zeszlym roku bylo go trochę za mało. za dużo prób. za bardzo poszarpane nerwy & psychika. ale przeszłość już nie jest ważna. przyszłość też nie. liczy się tylko tu & teraz.

tylko tu & teraz.

d.

skomentuj (2)

Betonowe dżungle & kokony. 2009-12-20 18:49:45

listening to: jay-z/ alicia keys, empire state of mind


lubię tego słuchać. idealnie wpasowało mi się w klimat mroźnej zimy. lubię iść ulicami & wyobrażać sobie, że ta betonowa dżungla, mimo iż zapewne mniejszych rozmiarów, niż wspomniany w tekście Niu Jork, nie przytłacza tego, co najważniejsze, że zza tych zimnych murów wychodzi jeszcze coś radosnego, prawdziwego, że nie wszystko zamieniło się w sztywne & pozbawione uczuć słowa.

niestety, wiara w cokolwiek z dnia na dzień przychodzi mi coraz trudniej. rankiem po prostu otwieram oczy & w duchu modlę się, klnąc przy tym soczyście, żeby ten dzień się już skończył. żebym mogła zasnąć & nie budzić się przez jakiś czas. stałam się niewolnikiem własnej wyobraźni, w głowie jakieś mikrokabelki nieustannie się przepalają, przynosząc coraz mniej konstruktywnych konkluzji wynikających z błędów, coraz mniej zaufania do otaczającego systemu, coraz więcej niepewności co do jutra & tego, co po jutrze nastąpić powinno.

nie chcę wierzyć w depresje, traumy & złe fundamenty życiowe, nie chcę tego steku bzdur w mojej idealnie zaplanowanej przyszłości, która przy okazji drobnego wiaterku rozpierdala się w drobny mak. nie chcę czuć się zniewolona przez przeszłość, mimo że ostatecznie nigdy się z nią do końca nie rozliczyłam. czasem próbuję, co owocuje kolejną bezsenną nocą & górą kartek, wypisanych dwóch nabojów w piórze & przemyśleniami, ewoluującymi w jakiś krzyk rozpaczy, które po nastaniu świtu & tak ulegają destrukcji. na tym polega to wszystko, na ciągłej tchórzliwej ucieczce, odseparowaniu się, stworzeniu w tej wielkiej betonowej dżungli własnego, szczelnie zamurowanego świata. świata, nie domu, bo domem tego nazwać nie można. przez chaotycznie ustawione cegły czasem wpada odrobina światła, która przypomina o istnieniu czegoś dobrego, innego, szansie, której jednak mój mały rozumek się boi & nie przyjmie, bo tak. bo zasady, bo ludzie, bo nie & finito.

tak więc znowu została tylko maska & kawałek betonowego kokonu na własność. witajcie święta, witaj nowy roku.

d.

skomentuj (2)

Sztormy & wody spokojne. 2009-12-12 22:02:40

listening to: madonna, i want you



doszło do mnie dziś, że to jedna z najważniejszych & najpiękniejszych (choć jednocześnie najsmutniejszych) piosenek mojego życia.

burzliwy tydzień. sporo niedomówień. sporo łez. nerwów. ale również chwil szczęśliwych, chwil uświadamiających mi potęgę emocji & piękna przyjaźni. sporo rozmów. z wielu z nich, mimo deklaracji, nic nigdy nie wyniknie. z niektórych już teraz wynikają sprzeczności. niekompatybilność obietnicy poprawy z samymi czynami. ale mnie już to nie martwi, nie spędza snu z powiek. wyłączyłam tę wadliwą część swojego serca na potrzeby osób, które mnie zraniły, tudzież ranią dalej. zdaję sobie zupełną świadomość, iż być może mój częściowy egoizm jest rzeczą, w istocie, moralnie złą, wręcz naganną, ale dopóki moje niedawno odbudowane sumienie nie wysyła mi niepokojących sygnałów, dopóty wszystko jest pod kontrolą. wspominałam to już niejeden raz, ale w końcu, po tym wszystkim, co się stało, muszę dojść do ładu z samą sobą & postawić na odrobinę egoizmu. dziwne. nie przywykłam do tego, ale przywykać jednocześnie nie zamierzam. chcę tę zdrową dawkę utrzymać przy sobie możliwie jak najdłużej, aby znów wrodzona naiwność nie popsuła mi planów świata idealnego & nie wpędziła mnie w kolejne bagno niedopowiedzeń.

& tak to wszystko...nie, nie leci. nie idzie nawet. po prostu płynie. niczym morze. czasem spokojnie, leniwie, czasem zaś gwałtownie, pojawiają się sztormy, ale po każdym przychodzi czas na odpoczynek. płynie, wszystko płynie, jak to mawiał Heraklit, czas, ta rozdzierająca mnie wewnętrznie muzyka z głośników, słowa.

a dopóki płynie, nie ma się czym martwić.

d.

skomentuj (0)

Prosta konkluzja grudniowa. 2009-12-05 19:09:48

listening to: madonna, intervention



kocham grudzień.
kocham weekendy samotnie spędzone, te cholerne dwa dni dla siebie wygrzebane z kalendarza.
coś jest pięknego w tej grudniowej, świątecznej atmosferze. nawet dla ateisty. oświetlone ulice łamiące surowy zimowy klimat, czerwone policzki, zapach cynamonu, gorąca herbata, ciepły koc, muzyka & książka. jakiś taki stan błogości, coś innego.

jednocześnie jednak nienawidzę grudnia.
bo nie ma żadnej radości z ubrania choinki dla samej siebie, zapach cynamonu nie jest tak zachwycający, gdy nie ma się z kim nim dzielić. w święta zazdroszczę tym, którzy mimo narzekania na swoje rodziny, siadają z nimi przy wigilijnym stole & konsumują ten wyjątkowy czas. ale myślę sobie, że tym razem to już nie jest takie istotne. że skoro mam się kim cieszyć przez cały okrągły rok, to ten jeden dzień nie będzie jakimś wyjątkiem, po prostu będzie troszkę bardziej pusty niż zwykle. a nazajutrz wszystko wróci do normy. tak, tak właśnie będzie. pozostaje tylko Marka & Małgorzatę wysłać na Mazury, a będzie wspaniale w każdym calu.

no, może poza jednym.
czasem nie wszystko dzieje się tak, jakbym tego chciała. czasem chciałabym być fair wobec wszystkich, ale & to nie jest prostą sztuką. trochę między młotem a kowadłem. ale teraz już chyba koniec. nie wiem co mogę powiedzieć poza zwyczajnym przepraszam, chociaż nie czuję się do końca winna. zbieram się do rozmowy. po raz tysięczny. & dalej nic. jakaś pustka w głowie. nie umiem oszukać samej siebie. wydaje mi się tylko, że czasem wyimaginowany obraz osoby, bądź sytuacji zbyt mocno przysłonić może zdrowy rozsądek & zwyczajną codzienność, a co za tym idzie, największej krzywdy nie robi się innym, ale samemu sobie...

grunt to znaleźć złoty środek. nie, nie jest mi łatwo to mówić (pisać?). ale to, jak życie się potoczy, zależy tylko & wyłącznie od personalnego nastawienia. to nie bzdura. trzeba tylko chcieć. tak. tylko chcieć. & wierzyć w to, że się potrafi robić rzeczy niezwykłe.

tymczasem filtr zamontowany. w podświadomości. żeby teraz wiedzieć, co mówić, a czego nie. a przede wszystkim komu. trochę się zawężyła lista osób zaufanych ostatnio, ale to konsekwencja własnego wyboru. nie wymagam miłości do swojej osoby. nie wymagam nawet lubienia & popierania moich poglądów, czy czynów. wymagam tylko szacunku, a w tym szacunku zawiera się również poszanowanie mojej prywatności & niewchodzenie w nią na chama. tego nie lubię. bardzo nie lubię. to zawsze wywoływało we mnie odrazę. cóż, uroki życia z Markiem. pewnych, drażniących mnie nawyków ludzkich po prostu nie jestem w stanie tolerować. & to moja decyzja. tak, Hubercie Urbański, ostateczna & definitywna. czas wydorośleć & odciąć się od tego burdelu.

ostatecznie & definitywnie.

d.

skomentuj (1)