Scementowane. 2009-11-19 19:28:08

listening to: muse, undisclosed desires



przesadą jest, gdy mówię ja z częstotliwością większą niż ty
gdy w otchłani własnej tragedii zapominam o tragediach wypisanych w ludzkich twarzach, bliskich twarzach
gdy zapominam o tym, co istotne, będąc tak pochłonięta robieniem wszystkiego, byleby nie wracać do tego co było

przesadziłam. teraz, gdy już mi pewniej patrzyć w oczy, wiem o tym. skrywdziłam nie tylko siebie. gdyby nie zdrowy rozsądek...nie mój, niestety, mogłabym zatracić się w tym wszystkim jeszcze bardziej & zapomnieć o tym, co najistotniejsze.
ale plastik znów się stopił. znów jest lepiej. znów czuję siłę, by mówić, by patrzyć przed siebie, by stąpać po ziemi, by każdym swoim uczynkiem zaznaczać wyraźny ślad tam, gdzie już dawno powinnam go zaznaczyć. kończy się ta kosmiczna demencja.

Mentorze? bo czuję, że tak powinnam się zwracać. jesteśmy tylko ludźmi. mamy milion wad, skrytych skrzętnie pod skórą, ujawniających się w najbardziej nieoczekiwanym momencie. ale ostatecznie po to mamy siebie, aby caly ten nieoszlifowany diament doprowadzać do perfekcji. to, co zbudowaliśmy to najcenniejsze, co mamy. to, co pod skórą się nie liczy, to tylko zlepek rzeczy najgorszych, które powodują konflikty & nieporozumienia.

jeśli się kiedyś pogubię, to nie zapomnij pierdolnąć mnie w twarz, proszę. ale potem przytul & obiecaj, że wszystko będzie dobrze. bo tak się boję, tak cholernie boję.

d.

skomentuj (2)

Mariaż gatunkowy. 2009-11-07 17:27:48

listening to: aaliyah, we need a resolution


poczynając od tragedii, przez horror, komedię z happy endem, dramat, kończąc na pospolitej obyczajówce. tak podsumować można kończący się tydzień. gatunki niemalże nachodzące na siebie, przeplatając swoje arcydziwne wątki dały mnóstwo nauczek, wiele wniosków, w konsekwencji jednak pustkę, na początku bolesną, teraz pustkę w stu procentach kompatybilną ze swoją pustkowatością, obojętną, tak zwaną nicość.

ostatecznie tylko maniakalne rzucenie się w wir zajęć uchroniło mój zgubny rozumek przed popadnięciem w całkowity letarg psychiczny, nawet lektura niebardzo lubianego przeze mnie Sienkiewicza stała się sprawą zaiste fascynującą. czuję się niczym coś przejrzystego, jak biała kartka papieru, z której wszystkie myśli & emocje zostały wymazane. w normalnej sytuacji pomyślałabym to dobrze, ale na odwrocie tej kartki są straszne kleksy, jakieś permanentnie wpisane bazgroły, które nieco blokują możliwość pisania od nowa historii na czystej stronie. tak jakbym znów dostała tabula rasę, ale nie umiała znaleźć odpowiedniego pióra do wypełnienia jej przestrzeni.

z jednej strony zachłanna wręcz potrzeba zmiany, z drugiej jakiś chory sentyment, który wszystko trzyma w starym nieładzie. takie oto przemyślenia nachodzą mnie w ten smutny & cherlawy weekend, po smutnym jak pizda tygodniu, podczas którego obiecałam sobie jedno: nigdy więcej.

potrzebuję wyjazdu.

sama.

daleko.

żeby się odbić od dna. stwarzanie pozorów powinnam wpisać w CV jako swoją profesję, ale prawda jest taka, że jestem na dnie, na cholernym egzystencjonalnym dnie. tylko odrobina zdrowego rozsądku mi została na tym dnie.


d.

skomentuj (1)

Czaj halucynogenny. 2009-10-27 17:42:41

listening to: joy division, in a lonely place


za każdym razem, kiedy tego słucham, ciary mnie przechodzą.
pozycja idealna na jesień, wprawiająca w nostalgię, zamyślenie, jakąś dziwną melancholię.

zawiodłam siostrę, która myślała, że od wakacji nie palę. cóż, na razie porzucanie czarnego pana idzie mi kiepsko, chociaż zaraz...przecież ja rzuciłam! fakt, zapomniałąbym, że rzuciłam, teraz z pogardą patrzę na tych uzależnionych & myślę sobie: skoro nie jestem w nałogu, to mogę sobie pozwolić na swobodne palenie. Jarmuschem zaleciało, non? & takie było pierwotne zamierzenie.

co do tytułu: nie, nie ma czaju halucynogennego. ja po prostu jakiś kryzys & rozkwit twórczy zarazem przeżywam, kończę niezaczęte, zaczynam niedokończone, bazgram coś w wolnych chwilach na papierze, coś, co może pewnego dnia powstanie niczym feniks z popiołów, z całego tego nieogarniętego mętliku, z nielogicznych pół-zdań. na razie ja przepraszam, ale nie jestem w stanie. muszę poromansować z chemią, bo jest z nią troszeczkę niefajnie, ale & tak jestem z siebie dumna, że do końca tego semestru bliżam się z czystym kontem & bez większych problemów, jakie to życie potrafi być czasem zaskakujące, niesamowite.

a tak poza tym, to:

someday we will die in your dreams,
how I wish we were here with you now


ten czaj halucynogenny jest na dłuższą metę, zaiste, niebezpieczny.

ach & och, przyjemnej, brudnej jesieni. katujmy się Joy Division & chwalmy pana, o tak.

d.

skomentuj (2)

O nałogach & demonach. 2009-10-23 19:45:02

listening to: wyclef jean/mary j. blige, 911


powietrze już coraz mniej pachnie Tobą. zaczynam wreszcie czuć aromat kawy, który wypełnia całe mieszkanie mieszaniną ciepła & niepokoju. kawa, według mojego skomplikowanego umysłu to ciemna alegoria niepokoju, jakiejś pustki wypełnionej wyrafinowanym smakiem. jestem słaba. wróciłam do tego nałogu, paskudnego & przyjemnego nałogu & nie zamierzam opuszczać go dopóki, dopóty moje ręce nie będą trząść się jak w ostatnim stadium padaczki. świadoma autodestrukcja jest swoistym sposobem na symbiozę z własnymi demonami, niepolegającą jednak na walce, ale na dyskusji, z samym sobą, z własnym ja, z własnym sercem, z własnym...sumieniem ? te demony targające umysłem czekają tylko na chwilę zrozumienia. refleksji nad przyszłością.

w piątkowy wieczór zatrzymuję więc swój pociąg pospieszny do śmierci & w myślach rozmawiam z nimi. analizuję. poznaję przyczyny swojego strachu. swojej nieustannej tułaczki z kąta w kąt. swojej przeszłości. życia spieprzonego przez rodzinę w fundamentach. życia, które teraz ja, jako istota niemalże dorosła muszę budować od podstaw. są dni, w których nie mam na to siły, kiedy widzę niedoskonałość domu, który samej sobie buduję, kiedy boję się, że zaraz to, co już udało mi się stworzyć może zostać zmiecione przez kolejną wichurę, kolejną burzę.

nie mogę powiedzieć, że uważam się za nieszczęśliwego człowieka, byłoby to poważną przesadą z mojej strony, ale mimo wszystko ostatnio zastanawiałam się, czy nie opuścić mojego placu budowy. czy w dniu osiemnastych urodzin nie podarować sobie najpiękniejszego prezentu, a mianowicie śmierci. byloby to zaprawdę spontanicznym & zaiste, ładnym prezentem, przerwać swoją egzystencję, zanim się ją jeszcze na dobre zacznie. nie to, że koniec spowodowany jakimś cierpieniem, nie. koniec spowodowany...po prostu końcem. tak, myślalam nad tym dość długo & poważnie & już bylam niemalże zdecydowana, kiedy nagle spojrzałam na jedno zdjęcie na tablicy...

& powiedziałam sobie: Ty pierdolona egoistko. powinnaś się smażyć w piekle, przeżywać męki Tantala & wtaczać ten ciężki głaz bezsensownie, niczym Syzyf. tyle rzeczy jeszcze do przeżycia. tylu ludzi, których kochasz.

& pomyślałam o moim Aniele, słabnącym Aniele, którego ja, będąc niemalże tak samo słaba, próbuję podtrzymać na powierzchni wody, żeby razem ze swoimi pięknymi, aczkolwiek przemokniętymi & zniszczonymi skrzydłami nie utonęła w tej zimnej, bezkresnej toni. przez umysł przeleciała mi scena, jak mój Anioł bez mojej marnej pomocy traci resztkę sił potrzebnych do życia & poddaje się w walce, tonie. a przecież po to jestem, po to, żeby trzymać Anioła za ręce & nie dać jej odejść, żeby dla Niej wskrzeszać cień uśmiechu & być, słowem, duchem, ciałem. za bardzo kocham, żeby to tak po prostu skończyć. jeszcze nie game over. najpierw musimy wydostać się z tej wody & zacząć żyć inaczej. przynajmniej na chwilę. tak. bo gdybym to ja straciła Anioła ? myśl ta tak bardzo mrozi mnie,  że nie potrafię sobie jej wyobrazić. to byłby sztylet prosto w tę górę lodową, zwaną również sercem.

*

mężczyzno, coś Ty ze mnie zrobił ? jakąś rozchwianą emocjonalnie wariatkę, która czasem zapomina własnego imienia. ale to już koniec. zabawa w kotka & myszkę jest dawno passe, a ja muszę żyć dalej, skupić się na czymś ważniejszym, a praktycznie rzecz biorąc, na czymkolwiek, byle nie zaprzątać swojej zanadto wyeksploatowanej ostatnio głowy Twą osobą. zaśpiewałabym Ci Tę ostatnią niedzielę, ale nie będę profanować najpiękniejszej pieśni świata swoim głosem. niech mówią oczy. tylko oczy.

w tym miejscu miał być jeszcze jeden wywód, ale, primo, daruję to już znużonemu czytelnikowi, secundo, moja demencja znów mnie dopadła & nie wiem, czego ten wywód miał dotyczyć. tak, to dlatego. dlatego ciągle zapominam. tak, masz rację. w zupełności.

d.

skomentuj (5)

Jesienne pitolenie. 2009-10-17 20:23:29

listening to: nelly furtado, say it right


moja demencja mnie zadziwia. idę, mam gotowy plan wypowiedzi, po czym siadam & orientuję się, że zapomniałam, o czym miałam napisać. ach, tak, czyli ostatecznie popierdolę sobie znów od rzeczy, ponarzekam, pomarudzę & jak zwykle nic z tego nie wyjdzie. jak ja to lubię, jakieś to komiczne. to chyba jakaś mała aberracja z mojej strony. zadziwiające, że moje otoczenie jeszcze ze mną wytrzymuje.

ale, o czym ja to miałam. ach, tak. zasmuca mnie fakt, że człowiek, całkiem inteligentny, jak mniemam, wzięty w sidła zazdrości jest w stanie zmienić się o 180 stopni. to jest nawet nie tyle smutne, co zwyczajnie irytujące. zazdrość straszna rzecz. wiem, bo sama zazdrośnicą jestem, ale nie wyobrażam sobie tak po prostu ranić werbalnie, tudzież niewerbalnie osobę, na której rzekomo mi zależy, cisnąć przykrymi słowami niczym wkurwiony Zeus grzmotami, wiercić, wkręcać korbę & generalnie z rzekomego 'uwielbienia' do danej jednostki, uczynić z niej swojego wroga numer 1. taka tylko malutka dygresja. nie powiem 'nic personalnego', bo to, zaiste, bardzo personalna dygresja, ale nie imiona są tu najważniejsze, tylko istnienie tego przykrego faktu.

druga sprawa. jesień. zima. zimojesień. whatever, mniejsza o nazewnictwo. daje się mojej psychice mocno we znaki. cóż, ja znów muszę stwierdzić, że nie do końca ogarniam sytuację. takiej huśtawki nastrojów, jak ostatnio, już dawno nie miałam. Marek się pogubił w moich nastrojach. ja chyba też. na szczęście Marek nie snuje znów teorii o mej domniemanej ciąży. twierdzi, że za dużo stresu w szkole. no, ostatecznie. niech tak myśli. nie zasmucam płodziciela swoimi gorzkimi żalami.

sprawa trzecia. już kiedyś określiłam tego bloga mianem artystycznego pierda, choć nie jestem do końca pewna, czy nawet na takie miano zasługuje, ale, zaiste, bardzo miło mi, kiedy ja & moje nieposklejane myśli spotykamy się ze słowami uznania.

sprawa czwarta...znów zapomniałam. za dużo wina. miłego wieczoru.

d.


skomentuj (2)

Bóg, ojczyzna, rodzina. 2009-10-14 17:50:14

listening to: franz ferdinand, ulysses


ta aura pogodowa robi sobie jakieś jaja ze mnie. doprawdy, już nic nie jest mnie w stanie zdziwić teraz.

tak ostatnio ukradkiem w autobusie podsłuchałam rozmowę dwóch starszych panów. szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak owi panowie się nazywali, powiedzmy, że A i B. konwersacja byla dość poważna, aczkolwiek w dosyć lekkim tonie. taka rozmowa o sprawach istotnych, ale bez nadmiaru patosu & niepotrzebnego wdawania się w szczegóły. zaciekawiło mnie jedno zdanie. otóż pan B stwierdził, iż najważniejszymi wartościami w życiu są Bóg, ojczyzna & rodzina.

więc zaczęłam myśleć nad tymi słowami intensywnie.

tak, Bóg. cóż, muszę przyznać, że od dosyć dawna wzajemnie z tym panem niebardzo w siebie wierzymy. taki drobny paradoks, kiedyś zajmował w moim życiu bardzo ważne miejsce & odgrywał niemalże pierwsze skrzypce, ale coś się stało po drodze, że nasze drogi zupełnie się rozeszły. szczerze [?] myślę sobie, że zazdroszczę tym, którzy w niego wierzą. bo ja już za bardzo okresu mojej wiary nie pamiętam, pamiętam tylko tę fałszywą otoczkę, która zawsze byla widoczna nad głowami jego wyznawców, w których kręgu przyszło mi się obracać. samej tej wiary jakoś nie bylo dane mi porządnie odczuć. jak mniemam, jest to dość popularny problem młodych ludzi, bo zostaje im wtłuczona do głowy taka a nie inna religia & potem jest to juz kwestia nie tyle serca, co po prostu przyzwyczajenia. zboczenie z kursu obranego przez rodziców, dziadków, czy też inne istotne jednostki jest dosyć niewygodne, a wręcz może narazić na szwank relacje rodzinne.

tak, znam to z autopsji.

ale jestem z siebie dumna. wyłamałam się. mojego życia nie ogranicza wyimaginowana istota/siła (niepotrzebne skreślić), do której zasad muszę się stosować. w moim odczuciu mam dosyć wysoko rozwiniętą moralność...dobra, bez przesady. mam przyzwoicie rozwniętą moralność. powiedzmy, że odróżniam dobro od zła. czasem zdarza mi się tego zła zasmakować, ale gdybym tego nie robiła, nie potrafiłabym w pełni docenić dobra. to dosyć proste dla mnie. może to błąd młodości. możliwe, w końcu od paru lat każdy mi kracze, że bez Boga daleko nie zajdę, ale póki co, radzę sobie dobrze. może zdwocieję na starość...chociaż, zaraz, jaką starość [?] whatever. sprawa jest dla mnie klarowna. tak, Mamo, nie wierzę w Boga. liczę na to, że kiedyś się z tym faktem pogodzisz.

ojczyzna. to już inna półka. cóż, z jednej strony nie czuję się patriotką, na swój sposób kocham ten kraj, chciałabym w nim naprawić wszystkie szkody & wyprowadzić do pionu. z drugiej strony ciągnie mnie w obce strony, coś tam kusi za granicą, wielokulturowość świata jest sprawą fascynującą, toteż nie przywiązuję się zbytnio do tych czterech ścian, nie składam szumnych obietnic & deklaracji, zostawiam wszystko czasowi, a to, czy zostanę tu na dłużej, czy porwie mnie świat, okaże się w przyszłości.

rodzina. to słowo zawsze wywołuje we mnie jakąś mieszaninę kontrastowych uczuć. ostatecznie rodziny się nie wybiera & to jest zazwyczaj przyczyną wszelkich nieszczęść spotykających człowieka, ale pocieszam się myślą, że przecież zawsze moglo być gorzej, non [?] fajnie mieć mamę, ale zawsze jest perspektywa, że niedługo zamilknie na kolejne pół roku. Marek to już inna kwestia. tak naprawdę & na sto procent swoją prawdziwą rodziną mogę nazwać chyba tylko siostrę. ostatnio śniło mi się, że zginęła w wypadku. przez dwa dni nie umiałam dojść do ładu ze sobą. teraz pewnym dla mnie jest, że kiedy jej zabraknie, to mnie również. wiele było między nami spięć, ostrych wymian poglądów, ale ostatecznie to tylko ona z całej tej niedorobionej familii była przy mnie & nie jestem w stanie, choćbym nie wiem jak się starała, zarzucić jej czegokolwiek. każdy błąd ulega zapomnieniu, każda kłótnia zostawia tylko małą, niewidoczną bliznę, cieszę się, że jest & szczęśliwa będę, jeśli zostanie ze mną do końca. swego czasu kładłam się & budziłam w myślą, że w każdej chwili jej już może nie być, że się zaćpa, zapije, albo rozpieprzy gdzieś tym cholernym samochodem, ale to było takie myślenie czysto jednotorowe, nie przyjmowałam tego do siebie na poważnie, gdybym przyjęła, pewnie zeszlabym na depresję po niedługim czasie. oczywiście nie byłabym w stanie powiedzieć jej tego wszystkiego w oczy, więc mówię to tu.


poniosło mnie troszkę. znów ten moralny ekhibicjonizm. resztę zachowam dla siebie. jakoś tak ostatnio ten mój mętlik w główce skłania mnie do abstrakcyjnych wręcz przemyśleń. chciałabym gdzieś uciec...sama. daleko. na jakiś czas. wyłączyć telefon & pobyć sam na sam z ciszą absolutną. może nawet napisać książkę. myślę, że to byłaby całkiem niezła terapia. chciałabym na jakiś czas rozciągnąć swoją, dosyć napiętą, dobę & pozbyć się tego natłoku wspomnień, myśli & uczuć.

*

pan A odparł panu B, że ma rację. nie chciałam wiedzieć, jak dalej potoczy się rozmowa. założyłam słuchawki na uszy & udałam się w wewnętrzną modlitwę z moim własnym Bogiem, muzyką.

d.

skomentuj (6)

Złe nawyki. 2009-10-11 17:02:31

listening to: maxwell, cold


siła sprawcza człowieka przedstawionego na tej małej okładeczce powyżej jest, zaiste, niesamowita. po raz kolejny inspiruje mnie do niezdrowego monologu, który mimo swej skazy pozwala mi jednak dać upust emocjom kulumującym się & tylko czekającym na wybuch.

to niesamowite, ale kiedy słyszę tak pięknie wyśpiewane słowa so cold, to przeszywa mnie jakiś dreszcz & chłód, realistyczny stuprocentowo chłód. ku mojemu przerażeniu chwilę później okazuje się, że ten chłód, to cholerne zimno, pochodzi skądinąd ze mnie samej, że sama wybudowałam sobie jakiś kokon, otoczyłam się murem, zapewne ze strachu przed nieznanym.

mój mur jednak miał dosyć wadliwą konstrukcję & się rypnął. no cóż, tak czasem bywa. wraz z runięciem muru wyleciały ze mnie wszystkie siły potrzebne do życia, ale myślę sobie: tak też bywa. w końcu, jakby nie patrzyć, sama jestem sobie winna. ach, uświadamiam sobie jeszcze, że mimo warunków raczej niesprzyjających, plastik, o którym niedawno wspominałam, ulegl jakiejś destrukcji, stopił się, odsłaniając dobitnie wszystko, co ostatecznie miało nie być powiedzianym.

doprawdy, nie powiem teraz słów tak wręcz przyspawanych do mnie: nie ogarniam,  bo zmęczyły mnie już te słowa & ich nicość z nich wynikająca, nie chcę przez życie iść jako ta nieogarnięta pierdoła, marzy mi się w końcu naprawdę stanąć na nogi & oznajmić swoim złym nawykom: wygrałam. zaiste, to naprawdę piękna perspektywa, cieszy mnie fakt, iż czynię krok pierwszy do zrealizowania jej, czyli uświadamiam sobie samo jej istnienie. wcześniej jakoś nie wpadło mi do mej kulawej główki o tym pomyśleć.

swoją drogą to ciekawe. skomplikowane zyskało rangę superskomplikowanego, ale mimo wszystko jakoś lepiej patrzy mi się teraz w to szare niebo. chcialabym to jakos zgrabnie & krótko ująć w całość, ale chyba jeszcze nie potrafię.

bilans szkód spory, ale perspektyw większy.

d.

skomentuj (2)

Pierwotnie, acz plastikowo. 2009-10-02 19:21:34

listening to: bjork, innocence


posiedźmy w domu. jeszcze chwilę. poużalajmy się nad naszym losem. zanurzmy się w bezkresnej głębi kryzysów osobowościowych, czerpmy pustą, nieskończoną siłę. pozwólmy sobie na małe szaleństwo w tej, zaiste, osobliwej egzystencji.
potem wyjdźmy na ulice, wyjdźmy w miastu, aby wyeksponować światu bijącą z naszych twarzy abstrakcję. tak, zróbmy to [!]

a pod uśmiechami ukrywamy rozpaczliwe wołanie o pomoc, wewnętrzną destrukcję, konflikty wartości, strach przed życiem, porażką...strach przed miłością.

zaiste, moi jest wykonana z plastiku. plastiku uduchowionego, owszem, ale nadal po prostu plastiku.

wszyscy jesteśmy plastikiem, zaiste, wszyscy.

żyć przyszło tu, w czasach, w których nie wystarczy juz tylko udawać sympatii, aby osiągnąć cel zamierzony. dziś udawać trzeba szczęście, orgazmy, udawać uczucia. to ten plastik, ten niebezpieczny wentyl bezpieczeństwa, maska.


ucieczka.

my, plastikowi, pod grubą warstwą ostatecznie mamy jednak serce, z którym ów plastik wchodzi w niebezpieczną reakcję.

bawimy się tak wspaniale, chociaż serca krzyczą. gra pozorów. mistyfikacja wraca na salony.



tak, kryzys.

skomentuj (2)

Dead & Gone. 2009-09-23 19:44:10

listening to: florence + the machine, drumming song


a więc po małej nieobecności stwierdziłam, iż wypada mi w tym miejscu coś napisać.

pierwsza moja refleksja, rozwijająca się prężnie od jakiegoś czasu, dotyczy muzyki. czyli generalnie żadna nowość.

otóż tak sobie z moją Spadającą Gwiazdą Izabelką przerzucałyśmy ostatnio kanaly rzekomo muzyczne & zgodnie stwierdziłyśmy, że kierunek, w jakim ta najważniejsza wartość mego życia zmierza jest conajmniej niepokojąca. chociaż może nie do końca o to chodzi. niepokojący jest fakt promowania rzeczy niepotrzebnych, a pomijanie piękna & muzyki naprawdę godnej uwagi, świadczy o tym nie tylko rzadkość, z jaką można natknąć się na swoistą perełkę, ale również godzina emisji tych rzadkości...najczęściej późne pory nocne, tudzież blady świt (tak, jestem hardkorem & wstaję o piątej rano).

tak, mój dzień zaczyna się od przerzucania tych kanałów, tudzież odpalenia diabelskiego narzędzia zwanym również Internetem, w celu tak zwanego 'obczajenia' nowinek & tych mniej nowinek, czasem mnie to załamuje.

mój gust absolutnie nie jest & nigdy nie był ujednolicony, uważam za glupotę zamykanie się w jednej szufladce gatunkowej. drugą, równie przykrą dla mnie sprawą jest absolutne obrzydzenie do komercji & traktowanie z góry każdej rzeczy, która pojawi się w rozglośni radiowej.

moi drodzy, komercja nie jest rzeczą złą samą w sobie. złą czynią ją jej odbiorcy, tak uparcie wałkujący stały schemat umcy-umcy-manieczkowi, tak, tak, to prawda. grunt to, w mojej skromnej opinii, znaleźć złoty środek, ukierunkować swoje wartości muzyczne, kompletować jak dobrą kawę, dobierając po ziarenku również rzeczy powszechnie uznanych za komercyjne. życie przesiąknięte na wskroś aromatem muzyki jest, zaiste, piękne. nie wiem jakie jest życie bez muzyki, bo takiego nie znam & znać nie zamierzam.

nie udało mi się skleić tego wszystkiego, co rzec chciałam, w jedną, logiczną całość, ale mimo wszystko staralam się jak najbardziej przejrzyście, pardon.

*

a tak poza tym [?]
moje życie jest skomplikowane, to również żadna tam nowość, ale ostatnimi czasy stało się jeszcze bardziej skomplikowane & popieprzone, co powinno mnie głęboko zasmucać, ale, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu - zwyczajnie mnie śmieszy. z dumą stwierdzam, że jestem na dobrej drodze do pelnego odnalezienia & określenia swojej wartości, cieszę się z tego, bo całe życie miałam z tym problem. moim aktualnym problemem są tylko & wyłącznie złe przeczucia, ale taka już jestem, zawsze mam takiego stracha, kiedy kogoś mi bliskiego czeka coś ważnego, typu podróż.

z jeszcze większą dumą jednak stwierdzam, że nie tęsknię absolutnie & ostatecznie przekreśliłam pewną część swojego życia, część swego czasu najważniejszą, teraz zwyczajnie zapomnianą bez tak zwanych skutków ubocznych. może ja jednak wychodzę na ludzi [?]

*

ostatnia sprawa, przez którą jeszcze nie tak dawno metaforycznie wypruwalam sobie żyły, teraz wzbudzająca we mnie uśmiech politowania & jakąs taką mieszankę satysfakcji z uczuciem wygranej:

nie myśl, że bylam tak uzależniona, że na jeden przyjazd, jedno skinienie, jestem w stanie wrócić, zwyczajnie wrócić & zapomnić o wszystkich krzywdach wyrządonych na mojej & tak mocno rozpierdolonej psychice. starej mnie już nie ma. nie wróci. nie da się więcej wykorzystywać & uśmiechem zbywać każdą krzywdę. aktualne jestem na etapie stawiania na nogi & nie dam nikomu sobie w tym przeszkodzić. za dużo tego było.

zresztą moja niezastąpiona Mary J. ma odpowiedni komentarz na każdą sytuację:

Then baby just pack your bags
Cause I'm sick and tired of fighting
I'm sick and tired of trying
I had enough of waiting
I'm not that good with playing
I know I love you
But I love myself too


& tym jakże pozytywnym akcentem kończę swój nudny wywód. pozdrawiam wszystkich skomplikowanych.

skomentuj (1)

W kwestii formalnej. 2009-09-07 19:44:29

listening to: terence trent d'arby, sign your name



kwestie merytoryczne dopadają mnie ostatnio & szlag mnie przez to trafia. młyn z nieszczęsnym przepisaniem do klasy filmowej, jakieś tam drobnostki dotyczące tego & oewgo, no nieważne.

bo proszę państwa, ich moi absolutnie nie jest wyrafinowaną egoistką, ale w klasie integracyjnej uczyć się nie zamierza. & nie przez swoją dumę w negatywnym tego słowa znaczeniu, ale po prostu chce walczyć o sprawiedliwość, dla tych, którzy raz spieprzyli & chcą swój błąd naprawić, ale w środowisku do tego sprzyjającym. a środowiskiem sprzyjającym ich moi absolutnie nie może nazwać klasę, w której jest zredukowana liczba godzin polskiego, ograbienie z przyjemności egzostowania na lekcjach filmu, czy też zupełnie nieludzki poziom delikwentów w klasie integracyjnej. szlag, ich moi wyszła na patrzącą na ludzi z góry. przeprasza, nie chciała.

tak w ogóle to nie mam pojęcia, dlaczego notkę tę piszę w trzeciej osobie, chyba za dużo Nequama się ostatnio naczytałam. wróćmy do ich moi w pierwszej osobie.

tak, więc po raz kolejny okazuje się, jaka to koszmarna papla ze mnie & jak szybko oceniam ludzi. za szybko. zdecydowanie powinnam się czasem ugryźć w tej swój paskudny żmijowaty język, nie mówić tych kilku słów za dużo, nie przedstawiać danej osoby innej osobie w negatywnym świetle. szlag, shame on moi, obiecuję się poprawić & potem nie wywoływać wielkiego zaskoczenia w odbiorcy, który święcie przekonany jest o moim negatywnym stosunku do danej osoby, a tu się okazuje, że bach [!], jest inaczej.

z drugiej strony, jak to już dziś rzekłam kulawo, tylko krowa poglądów nie zmienia & tego się trzymać będę, co nie zmienia kfatu, że ich moi się poprawi, obiecuje, bo już od dawna pracuje nad swoim niedobrym charakterkiem & pracować chce dalej.

*

a Marek jak to Marek. po tym, jak średnia pociecha nie odbiera telefonów, najstarsza pociecha już dawno odeszla w siną dal, została tylko pociecha najmłodsza, chociaż polemizowałaby,, czy w tym wypadku pociecha to najodpowiedniejsze słowo. bo prawda taka, że ten Marek, to problemów ze mną ma sporo, to mu jedynki przynoszę ze szkoły, to mu zemdleję gdzieś przypadkiem, ty przynoszę z biura całą reklamówkę prezerwatyw. współczuję temu Markowi czasem, szczerze mówiąc. bo ja sobie nie wyobrażam takiej córki jak ja sama. wiadomo, Marek choleryk nad choleryków, ale ostatecznie ma w sobie dosyć sporą dozę uczuć prorodzinnych & tego się trzymajmy. doprawdy, chciałabym, żeby ten Marek się przestał o mnie martwić. tu nie chodzi o mnie, że mnie to męczy, czy coś, ale o niego chodzi, bo kiedy ja, mając lat dwadzieścia parę & mieszkając w innych mieście nadal odbierać będę telefony o treści jak się czujesz [?] uczyłaś się [?] wszystko w porządku [?], to nie mnie serce siądzie, tylko Markowi, rzecz to jasna. a ja nie chcę, żeby Markowi serce siadało, może ostatecznie w przypływie złości powiem tudziez pomyślę trochę za dużo, ale to takie czcze gadanie w gruncie rzeczy, non [?]

ale się rozpisałam. Marek się będzie martwić, że spędziłam przez monitorem trochę więcej czasu niż zwykle.

Marku, płodzicielu, ojcze, tato: nie martw się. Twoja szanowna córka ostatecznie mózg ma. a to, że rzadko z niego korzysta, to już nie Twoja wina.

digger

skomentuj (1)

Słów kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt. 2009-08-30 23:06:49

listening to: madonna, the power of good-bye


nie pamiętam już koloru Twoich oczu.

czy to źle, czy to ja jestem zła, czy za bardzo się wyprałam z uczuć wszelakich, ze wszystkiego, co było we mnie dobre [?]
jeszcze kilka wspomnień dziś mi wróciło. przy okazji rozmowy pewnej. kilka wiele znaczących wspomnień, ktore dzisiaj są obojętne.

na litość boską, jak ja Ciebie kochałam. serce bym Ci oddała, wszystko co miałam.

*

stół, który od trzech dni byl upierdolony, doczekał się w końcu fachowego posprzątania. Izabelko, nigdy nie zafunduję sobie botoksu. & na oświetlenie zarobimy. operatora kamer też zatrudnimy. nasze show będzie na poziomie. zakladając, że kiedykolwiek do niego dojdzie.

nie płacz za mną, Argentyno. przecież ja Cię nigdy nie opuszczę.


digger

skomentuj (0)

Something's comin' over. 2009-08-29 20:34:02

listening to: madonna, human nature


od koncertu chodzi za mną ta piosenka. jakoś nie za bardzo umiem uwolnić się od tego tekstu. jakiś taki...prosty & niesamowicie prawdziwy. taki mój mały hymn ostatnio.

ze było niesamowicie, wiedzą już wszyscy, którzy mają wiedzieć, w promieniu całej Polski. non ?

*


wielbię pogodę dzisiejszą. jesień nadchodząca to niesamowita ulga, w końcu zero chowania się przed Słońcem, smrodu tych, ktorzy zapomnieli o antyperspirancie w autobusie, wreszcie koniec tego czegoś, czego bardzo nie lubię, koniec tego okresu, kiedy jest pusto, imprezowanie po pewnym czasie brzydnie, czlowiek rozregulowany pragnie wrócić do swoistej normalności & cieszyć się tym, że w końcu może obcować z rzeczywistością, nie bacząc na to, jak owa rzeczywistość wygląda. cholernie mnie ciekawi nadchodzący rok & jednego jestem pewna: nudno nie będzie. ze swoich błędów wyciągęłam już lekcję, jestem chyba na lepszej drodze & wcale sobie tego nie wmawiam, ja po prostu to czuję, tak jak czuję za każdym razem, kiedy czeka mnie jakaś duża zmiana.

jednocześnie ciągle sobie w głowie układam, jak mam powiedzieć to, czego powiedzieć od dawna komus nie mogę, jak ma mi to wszystko przez gardlo przejść (Kuba mówi: normalnie, jak sperma), jak ja mam w ogóle wytłumaczyć ten brak odpowiedzialności z mojej strony & jakich słów użyć, żeby wyrazić jak mi przykro. gdyby chodziło o pierwszą lepszą osobę, podejrzewam, że zrobiłabym to szybko, szczerze & w swoim stylu, ale tu, na litość Czarnego Boga, chodzi o przyjaciela, o kogoś, kto poświęcił dużo, żebym ze swoimi poglądami wyszła na ludzi, tak, chodzi o to, jak dyplomatycznie & bez urazy rozwiązać sprawę, jednocześnie nie mając wrażenia, że się zawiodło. czyli sprawa z serii 'jak ja kocham takie sytuacje'.

to smutne, ale odpowiedzialne zadanie zdecydowanie nie są dla mnie. jestem na to zbyt popaprana psychicznie & zbyt nieodporna na stresy z tym związane. pracuję nad tym, to prawda, ale ta praca jest gdzieś na początkach.


but i'm not sorry. it's human nature.

*

a mimo że już z wielu rzeczy zdaję sobie sprawę, znów zdarzyła mi się odrobina zapomnienia & totalnej konsternacji, mianowicie to odejście. nie wiem dlaczego, tak, jestem najbardziej naiwną znaną mi osobą na świecie, ale myślałam, że to będzie trwać wiecznie. że codziennie te intelektualne potyczki będą ozdabiać moje ponure wnętrze, że zawsze będę miała z kim głupio, ale jednocześnie na poziomie porozmawiać o wszystkim, nie bacząc na różnice płciowe, wyznaniowe, życiowe. po prostu łudziłam się, że tak zostanie na zawsze, my, dwa zgredy, loża szyderców, najzacniejsi w calej wsi. teraz, do cholery jasnej, przez trzy najbliższe lata, nie będzie nkogo, kto mówiąc 'karp wigilijny' wywoływał we mnie paniczny atak śmiechu na jakieś pół godziny. do kitu to wszystko, do kitu. jest mi smutno & udaję jakiegoś cholernego twardziela, ale tak naprawdę, to chce mi się ryczeć. ryczeć jak nigdy.


digger

skomentuj (1)

got 2 be down. 2009-07-23 21:05:48

listening to: robin thicke, lost without you



proces twórczy intensywny. nagle, do tysiąca i jednego marzeń dopisałam jedno: chcę choć raz namalować coś na płótnie, profesjonalnymi narzędziami, chcę dać upust artystycznej energii, która ciągle gdzieś tam we mnie siedzi & czeka na ujrzenie światła dziennego. chcę namalować coś na Izabelki, bohomazy odzwierciedlające ten cały emocjonalny burdel gospodarujący moim organizmem.

nie musi być to estetyczne. ani piękne. ani kwalifikujące się pod jakąkolwiek kategorię sztuki ogólnie rozumianej. to ma być po prostu moje.

*

Marek kupił płyn do kąpieli, który pachnie zupełnie jak Ajax do podłog. czuję się, jakbym myła podłogę. czy Marek chciał mi coś zasugerować ?

*

och tak, wiele nauczyłam się tego tygodnia, bardzo wiele.

*

odwiedziny płodzicielki nadwyraz udane. bez zbędnych ceregieli & przynudzających gadek o czasach końca. zwyczajna, czysta, rodzinna wizyta. powiem szczerze, że to nawet przyjemne. przyjemna również satysfakcja z własnej osoby, że choc raz to ja okazałam się być tą mądrzejszą. tymbardziej, że ostatnimi czasy nie zdarza mi się to nazbyt często.

*

no & odkryłam swoje alter ego & powołanie jednocześnie. jestem Siekierezadą, a moim powołaniem jest bycie małym alchemikiem. jakże przyjemnie żyć, kiedy już się wie, kim się jest & co ma się w życiu robić !

tym pozytywnym akcentem życzę czytelnikom w liczbie 0 przyjemnej BLACKsummer'snight.

skomentuj (3)

Rejczel. 2009-07-22 15:13:03

listening to: queens of the stone age, sick sick sick


od paru tygodni próbuję się zebrać & tu coś napisać, ale ilekroć próbuję, tylekroć albo korki wybija, Internet przestaje działać, albo najzwyczajniej w świecie brakuje mi słów.

szanowna osoba fikcji znów zawitała na salony i zrobiła porządny mętlik w moim życiu. zasady byly proste & ich przestrzeganie sprawiało mi sporo przyjemności, ale jednak na drodze musiał przydarzyć się czlowiek, który to wszystko zamieszał i zerwał ze mnie maskę, sprawiając, że znów moje zaangażowanie sięgnęło zenitu, a niedopowiedzenia stworzyły lawinę nieszczęść.

no i się okazuje po jakimś roku, że to fikcja wszystko. że taki podły, brzydki fejk, tak dla jaj. nie, absolutnie nie jest mi już smutno, bardziej żal mi ludzi, którzy tak zapętlają wszystko, zanim jawnie wyłożą kawę na ławę, no ale zdarza się, mnie już nic nie zdziwi, tak w życiu bywa.

mimo wszystko poniedziałkowa impreza byla chyba najlepszą w moim życiu, chociaż połowę średnio pamiętam.

jutro przyjeżdża matka, może być bardzo śmiesznie, nie widziałam kobiety jakoś od ponad pół roku, non [?] no tak, ale w końcu stwierdziłam, że w całej swej głupocie raz w życiu mogę być mądrzejsza co by znów nie wychodzić na wyrodną córkę. ostatecznie wyjebane mam na tego typu opinie, ale jakoś tak samej przed sobą lepiej. satysfakcja gwarantowana.

nie, nie chce mi się filozofować, naprawdę. miałam przygotowane tysiąc wypowiedzi na tę okazję, ale tym razem sobie odpuszczę. chciałabym, żeby mi Izabelka znów poprzeszkadzała w spaniu w ten swój uroczy napierdalający sposób, bo teraz śpię, albo się budzę i gapię na gwiazdy & do cholery jasnej, przypomina mi się, jak w Królu Lwie Simba mówił, że gwiazdy & niebo to miejsce, z którego patrzą na nas wielcy, którzy odeszli & tak myślę sobie, kurwa, jak tak się te wszystkie umrzyki patrzą na mnie, to nie wiedzą, czy się śmiać, czy płakać.

skomentuj (0)

Refleksje powyjazdowe. 2009-06-25 22:13:36

listening to: lenny kravitz, little girl's eyes


no racja, wpadłam w jakiś ciąg.
nie wiem, od czego mam zacząć. nie wiem, na czym mam skończyć.
poddam wszystko, co działo się w ciągu ostatniego tygodnia typowej dla siebie refleksji.

naprawdę nie lubię Krakowa. zero uprzedzeń. po prostu nie rozumiem, co ludzie widzą w tym mieście. ale nie mogę również ukrywać, że miasto to, oprócz przykrych niespodzianek jest dla mnie również miejscem wielu niezwykłych przeżyć muzycznych, z łezką w oku wspominam niesamowity sierpień zeszlego roku, ciepło w sercu robi mi się również na wspomnienie tegorocznych Wianków.
koncert darmowy, wiadomo, nie ma sensu oczekiwać rewelacji, bo prawda jest taka, że większość ludzi przychodzi tam nachlanych/po to, żeby się nachlać a wszelakie przeżycia muzyczne mają, kolokwialnie rzecz ujmując, w dupie. dziwnym pomysłem jest dla mnie również umieszczenie sceny po drugiej strony Wisly, co bardzo utrudnia widoczność. liczyć można jedynie na telebimy, ale, jak okazało się w tym przypadku - i one mają swoje słabe strony.
ale to wszystko nieważne. najważniejsza jest muzyka. wiem, że mogłabym ten koncert zobaczyć w telewizji, ale między zobaczyć a przeżyć istnieje róznica kolosalna. ja przeżyłam. taka już moja mentalność. czasem sprawia mi to sporo kłopotów, ale ogólnie pewne rzeczy odbieram mocniej niż inni, nawet bliscy mi ludzie. ta, wiem, po stokroć, wiem, że jestem pierdołą. wiem, że było zimno & widoczność niemalże zerowa. ale ja i tak przeżyłam. moja symbioza z muzyką jest naprawdę doskonała, czuję, jak rośnie z dnia na dzień coraz bardziej. patrzę i słyszę swoje marzenie dotyczące przyszłości, każdy dźwięk odbija się echem i to echo, które nie przestaje dudnić gdzieś w miejscu, które inni nazywają sercem.
tak, Krakowie, jesteś brzydki moim skromnym zdaniem, owszem, jesteś nudny, ale zawsze muzyka, którą gościsz w swoich progach daje mi ogromną siłę do życia.

w kwestii towarzyskiej słów parę.
jako że ja & Maja to pierdoły nie z tej ziemi, więc i przygody, jak zwykle, miałyśmy nieziemskie.

noc pełna wrażeń! nigdy w życiu jej nie zapomnę! nie zdziwiłabym się, gdyby to był pociąg widmo! tej nocy nic już mnie nie zdziwi!

tak, generalnie zaorać brzydkie dzieci z ADHD do potęgi. szczególnie w nocy, czekając dwie godziny na pociąg na Zachodniej.

Warszawa jest piękna.

miło było znów zobaczyć Jezusa. milo było poznać Anię. milo bylo spotkać się z Michałem. w ogóle, miło było.
& ciągle jest miło. zagłuszam jakiś wewnętrzny niepokój. zapiję go & prześpię.
nawet ojciec jest miły. zaryzykowalabym nawet stwierdzenie, że tak miły nie był dla mnie od lat.
to jeszcze bardziej uświadamia mnie w wierze. W Czarnego Boga, który raz na jakiś czas sypnie tą niesamowitą magią, aż całe powietrze pachnie muzyką i wszystko staje się inne. lepsze.

*
jechałam pociągiem. naprzeciwko mnie ojciec z małym chłopcem o rozwianej blond czyprynie i uderzająco błękitnych oczach. znowu pragnienie posiadania dziecka odżyło we mnie ze zdwojoną siłą. mogłabym być dla calego świata wrogiem, byleby dla swojego dziecka być najlepszą matką na świecie. mogłabym wstawać o nieludzkich porach & wysłuchiwać jego wrzasków, starając się dać mu jak najwięcej ciepła. muszę mieć dziecko. jeszcze nie wiem jak to zrobię, ale muszę. muszę wykształcić go na porządnego obywatela i wspaniałego muzyka. muszę dać mu szansę, której ja nie miałam. muszę gdzieś ulokować te dobre uczucia, żeby nie poszły na marne.
chociaż nie. nie muszę. po prostu chcę. chyba tylko tego potrzebuję do całkowitego spełnienia.

*
whisky. tak, tego mi brakowało przez cały czas. whisky, moje wiecznie nieogarnięte psy & przyjaciele. cieszę się bardzo z pobytu u Mai. doprawdy dziwię się, jak ona wytrzymuje z takim czlowiekiem jak ja.
jutro życie wróci do swojego normalnego, zwykłego tempa. baterie naładowane na najbliższy rok.
ciągle się ładują. przecież muzyką pachnie całe powietrze.
prawda?

skomentuj (1)

Siła deklaracji. 2009-06-06 21:40:56

listening to: jeff buckley, dream brother


ostatecznie myślę sobie, że pogodziłam się ze stratą. czasem łapie mnie ta cholerna faza zjeba, czasem robi mi się zwyczajnie smutno. nie rozumiem & nigdy nie zrozumiem, niezależnie od argumentów mi przedstawianych. nie rozumiem, jak można przestać kochać z dnia na dzień.

gdyby coś Ci się stało, umarłbym.

stało się. wielkie, jebitne ała się stało. może to ała zrobiłeś mi Ty, a może ja sama sobie je wyrządziłam? nie wiem. i już nie chcę wiedzieć. to nie kolejna porcja rozpaczy, staram się do tego podejść sucho, na tyle sucho, na ile się da. czasem boli, fakt. ale jak wyżej wspomniałam, pogodziłam się z rzeczywistością. początkowo próbowałam z nią walczyć, ale okazałam się nie tak silna, żeby to wygrać.


tylko po prostu zastanawiam się, dlaczego to się tak skończyło.
zastanawiam się, dlaczego tak nagle znów zrobiło mi się zwyczajnie pusto.
zastanawiam się, jak bardzo musiałbyś być pijany, żeby powiedzieć mi prawdę.
zastanawiam się, dlaczego tak często moje wywody zaczynają się od słowa ostatecznie.
ale ostatecznie nic dobrego nie wyszlo mi nigdy z zastanawiania się.
i najpewniej długo nie wyjdzie.

jak zwykle w takich chwilach, zostaje alkohol, papieros, ale co najważniejsze - muzyka. Jeff znał się na emocjach. potrafił je nie tylko pięknie napisać, ale i zachwycająco zagrać & zaśpiewać. żałuję, że już Cię nie ma na świecie, Jeff. skoro jedną płytą potrafiłeś tak doskonale wyrazić co czuję, z czym zmagam się przez cale życie, to może następną podpowiedziałbyś mi, co mam zrobić. ale może po prostu muszę zdać się na siebie. mam już plan na swoje życie. pozostaje mi go zrealizować. nikt nie powiedział, że będzie łatwo, ale ostatecznie nigdy łatwo nie było.

ciekawam, jak mój brat czuje się po kolejnym popełnieniu małzeństwa. ciekawe, czy po chwili szczęścia i patosu, znajdzie się chwila na kolejne zwątpienie i świadomość totalnego nieogarnięcia. pewnie tak. to chyba taka rodzinna klątwa. mimo wszystko życzę mu jak najlepiej. mimo brzemienia charakteru, jakim go obarczono, mimo wadliwych genów, mimo niewesołej przeszłości. siostra jest inna. to mój kochany skarb. nie wiem, doprawdy, nie wiem, gdzie bym była teraz bez niej. z wiekiem zaczynam dostrzegać coraz większe podobieństwa łączące nas. dostrzegam też różnice. jesteśmy jednocześnie takie same & kompletnie inne. i chyba to jest jeden z głownych powodów, dla których niesamowicie ją kocham.

dosyć już. moralny ekshibicjonizm znów chyba sięgnął apogeum. bo generalnie to ja wywnętrzniać się nie lubię. ale czasem muszę, nawet w takiej formie, żeby chociaż trochę zrozumieć samą siebie.

kocham Maję. to chyba jedna z nielicznych pewnych dla mnie rzeczy w świecie.

skomentuj (0)

Faza zjeba c.d. 2009-05-30 22:24:49

listening to: red hot chili peppers, transcending



wychodzę na dwór zapalić. ukradkiem patrzę w miejsca pozornie zwyczajne, ale jednak wiele dla mnie znaczące. mimowolnie przypominam sobie jeden z tych kilku wieczorów, podczas których czułam się naprawdę szczęśliwa. wieczory moje i najmojsze. nie liczą się poranne konsekwencje. liczą się chwile, tylko chwile, a mimo że było ich niewiele, to na myśl o nich do dziś czuję rozkoszne ciepło w tym miejscu, które inni nazywają sercem.

potem jednak jego miejsce zajmuje lodowaty chłód, coś innego, jakaś chora tęsknota, świadomość, że więcej takich chwil może nie być. rozpaczliwie angażuję resztki świadomości, żeby zrozumieć, jak, dlaczego, po co. każda z tych prób kończy się tak samo, czyli ogólnym zwątpieniem w instytucję przyjaźni, w ludzi, w prawdziwość uczuć. zastanawiam się, kto & po cholerę wszczepił we mnie nadmiar tego pierwiastka zwanego wrażliwością, kto tak bardzo chciał, żebym udupiła się przez swoją pierdołowatość.

dopalając papierosa słyszę przeraźliwe szlochanie sąsiadki. wcześniej słyszałam, jak kłóci się ze swoim synem. nie jestem fanką sąsiedzkich sensacji, ale widzę związek między jednym a drugim. to przykre.

zmieniłam zdanie. ten wieczór nie jest ciepły, jest lodowaty. jeszcze jedno krótkie spojrzenie na chwile i ta świadomość nie ulega zmianie.

gaszę & opuszczam moją szlochającą sąsiadkę i miejsca tak wiele znaczące.



skomentuj (0)

Rytm a sztuka. 2009-05-29 10:47:21

listening to: tori amos, give


Podobno świat, w którym dwie skrajne wartości mieszają się ze sobą, nie może istnieć, bo każda z wartości chce udowodnić swoją wyższość nad drugą i w końcu sytuacja zmusza do rezygnacji z jednej. Próbuję jednak patrzyć na to przez inny pryzmat, przez pryzmat kogoś, komu miksowanie ogromnej miłości & pasji do muzyki, polityki, literatury, kultury i innych skrajnych zainteresowań daje mimo pozornego bólu wielką radość, radość nie samego tylko życia, ale przede wszystkim istnienia.

 

Każde wypowiedziane przeze mnie słowo, każda myśl, każdy czyn – wszystko to, zarówno razem, jak i osobno, bije swoim niezależnym rytmem. Rytm to nieodłączny element muzyki. Rytm wybijany jest w sercu, jednak nie gubi się on w potoku słów soczystych & myśli. To rytm, ten rytm jest najważniejszy & najwyraźniejszy, to on dyktuje ustom, co mają mówić, mózgowi – co myśleć, sercu – co jest dobre, a co złe i ciału- dokąd iść. Tutaj nie ma żadnego paradoksu, nic się ze sobą nie gryzie, wręcz przeciwnie. Rytm jest dyrygentem, nie pozwala wartościom wzajemnie walczyć ze sobą, trzyma je w dobrym układzie, który polega na osiąganiu obopólnych korzyści. Szeroki wachlarz zainteresowań nie świadczy o niespójności, czy rozchwianiu umysłu. To dzięki temu wachlarzowi w każdej sytuacji mogę dostrzec dobre strony, nie kwestionując zarazem własnych błędów i konsekwencji. & to rytm, znów ten rytm, mówi mi: zwolnij trochę. Przyspiesz. Biegnij. Znów zwolnij, ale za żadną cenę nie zatrzymuj się, bo wraz z Tobą zatrzymam się i ja, a ja, raz uśpiony, więcej do życia nie powrócę.

 

Moje życie jest sztuką. Być może jest to spektakl napisany przez samego Boga, nie mnie sięgać umysłem w sprawy duchowe, odczuwam ich pewien przesyt wynikający z własnej niedoskonałości. Być może to komedia, być może dramat, ale główną rolę gram tu ja sama, ja, niezależnie od sił wyższych, kieruję swoim losem, nadając przedstawieniu odpowiedni bieg. Tak, to ja, w ogromnej mierze ustalę, jak wyglądać będzie akt ostatni, ostatnia scena, ostatnie słowo. To ode mnie zależy, czy po opuszczeniu kurtyny sztuka zostanie entuzjastycznie nagrodzona oklaskami, czy raczej wywoła zażenowanie, pogardę & rozczarowanie.

 

Ja to scenarzysta & aktor, mój rytm jest reżyserem.

 

Mogłabym podzielić to na dwa wątki, ale wszystko jakoś układa mi się w całość.

 

Podobno każda porażka szlifuje charakter. Biorąc jednak pod uwagę ilość popełnionych przeze mnie porażek, bynajmniej nie czuję się niczym oszlifowany diament. Prędzej jak najzwyklejszy kamień, którego ciosanie nie zmienia jego wartości, ale przynajmniej nadaje mu w miarę akceptowalny kształt.

 

Myślę, do kogo te słowa zaadresować. Targają mną ostatnio wielkie emocje. Z jednej strony chciałabym te słowa zabrać do grobu, ale z drugiej zaś rytm podpowiada: pokaż światu, co czujesz i jak czujesz. Może nie zrozumie, ale da Ci to satysfakcję, że przynajmniej się starałaś.

 

Nawet więc jeśli tylko garstka odbiorców doceni moją sztukę & zrozumie jej zamysł, to będzie to dla mnie sukcesem większym, aniżeli miałkie i patetyczne wywołanie jednotorowego zachwytu, wielkich wzruszeń, bez zastanawiania się nad sensem, bez włączenia drugiego toru myślenia. Chyba jednak wolę być sztuką niszową & docenianą przez jednostki, niż kolejnym hitem o ‘wspaniałym człowieku’, który po głębszej analizie pozostawi po sobie niesmak, albo zostanie całkowicie zapomniany.

 

Rytm mówi: powiedz o tym światu. Możesz grać główną rolę & pisać scenariusz, ale reżyserem & ostatecznym kryterium jestem ja & to ja ustalam zasady gry.

 

skomentuj (0)

Klasyka wyjałowiona. 2009-05-16 10:58:51

listening to: mary j. blige, real love



rozumie (!)
pisanie tych długich wywodów mnie męczyć zaczyna powoli. zastanawiam się, czy aby myśli nie wyrażać króko & treściwie bez konieczności tworzenia do tego całej ideologii, nie wrócić chwilowo na pingera i tam nie ogarniać tej popieprzonej machiny myśli jeszcze niezabitych.

rozumie, oszczędźże mnie, proszę, wyłącz się całkowicie, zgiń & umrzyj, bo podsuwasz mi złe zamiary & złe przemyślenia, a ja nie chcę, nie chcę, nie chcę.

skomentuj (0)

Ostatecznie nieostatecznie. 2009-05-13 18:59:41

listening to: gorillaz, kids with guns


ostatnimi czasy mój & Jaracza hymn. tak twierdzę, tak mniemam, że kiedyś po prostu załatwimy sobie spluwy & porozpierdalamy wszystkich, kończąc, rzecz to jasna, na sobie.

naprawdę nie lubię udawać, że się nie znamy. co ja plotę - nienawidzę. aż mnie coś rozrywa w środku, wmawiam sobie, że muszę to znieść, ale chyba nie znoszę. ale muszę jakimś sposobem pokazać Ci, że istnieję - bo skoro rozmowy nie dochodzą do skutku, tworzy się jedno wielkie bagno nieporozumień, które wcale nie ulegają przedawnieniu. nienawidzę się tak czuć. nienawidzę siebie za to, że teraz nie potrafię powiedzieć, ale z drugiej strony chyba nie dane jest nam w końcu szczerze & na osobności porozmawiać. możesz myśleć, że jestem zła - jestem zła, za to, że jestem traktowana jak powietrze. generalnie zdanie ludzi mam ostatnimi czasy gdzieś, ale ludzie, których uważałam za przyjaciół, powinni jednak zachować się tak, jak należy.

dochodzę do wniosku, że ten artystyczny pierd, jak określam tego oto bloga, jest niczym innym, jak spisem gorzkich żali, których nikomu by się słuchać nie chciało. ale ostatecznie stwierdzam, że mimo wszystgko, jestem pozytywnym człowiekiem. doprawdy nie wiem jak to funkcjonuje, ale na każdy problem reaguję totalnym otępieniem & głupawą, co jednocześnie pozwala się wyładować się,a z drugiej strony to taka troszkę maska, żeby ukryć to, czego pokazać się czasem nie chce.

przed Tobą udawać nie zamierzam. teraz Twój ruch. Twoja kolej. ja tylko czekam.

mam nadzieję, że jednak się doczekam.


/uptade/
chociaż może...może to jednak trochę moja wina. w moim poprzednim życiu nie było miejsca dla facetów-przyjaciół. owszem, byli kumple, było wspólne zrywanie się z lekcji, wygłupy i tak dalej, ale nie było mowy o wspólnym imprezowaniu, przytulaniu się, zwierzaniu... tylko, że z drugiej, bardziej trywialnej strony, nie było też miejsca na wysokie obcasy, a teraz jest i trzeba było, do cholery jasnej, przecierpieć swoje, żeby się przyzwyczaić. jak to ostatnimi czasy ktoś uroczy śpiewa: the old me is dead & gone away, więc ja się tego trzymam i może to po prostu kolejne wysokie obcasy, które trzeba przecierpieć, wyleczyć odciski i iść dalej. może. znowu może. jak mnie to słowo kurczowo się trzyma.

skomentuj (0)